Internetowy Klub Filmowy Osób Niewidomych

ikfon.defacto.org.pl
Teraz jest 6 cze 2020, o 05:15

Strefa czasowa: UTC




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 13 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: 8 paź 2017, o 18:36 
Offline

Dołączył(a): 8 sty 2013, o 20:22
Posty: 192
Dramat Psychologiczny


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 8 paź 2017, o 18:36 


Góra
  
 
PostNapisane: 8 paź 2017, o 19:02 
Offline

Dołączył(a): 14 wrz 2016, o 07:16
Posty: 12
Miłe Klubowiczki i mili Klubowicze!

Witam Was na kolejnym spotkaniu Klubu Konesera Internetowego Klubu Filmowego Osób Niewidomych "Pociąg"!

Zapraszam na film "Lot nad kukułczym gniazdem" Milosza Formana - i do dyskusji o nim.

Jeśli chcemy powiedzieć o kimś z naszej części świata, z naszej mitycznej Europy Środkowej lub całkiem realnej Wschodniej, że osiągnął światowy sukces w kinie, to musimy zastanowić się, o czym tak naprawdę mówimy? Miarą takich osiągnięć mogą być najwyższe laury, jakie świat filmowy oferuje, za poszczególne dzieła lub dokonania życia. Nagrody na najważniejszych międzynarodowych festiwalach filmowych jak Cannes, Berlin czy Wenecja, a także niefestiwalowe wyróżnienia z przyznawanymi przez Amerykańską Akademię Filmową statuetkami, powszechnie zwanymi Oscarami, na czele. Wszędzie tam triumfował Andrzej Wajda, nie można o Nim nie wspomnieć niemal w przeddzień pierwszej rocznicy śmierci. Ale jest i inna miara, a myślę o twórcach, którym udało się wznieść na poziom ponadnarodowy, realizując filmy za granicami ojczyzny, w obcym, a przynajmniej nie rodzimym języku, z aktorami i innymi współtwórcami filmowego dzieła mającymi zupełnie inne kulturowe podglebie. Nie tylko realizując, ale i będąc za nie docenianymi. Tu, przyznajmy uczciwie, nasz arcymistrz sztuki filmowej Andrzej Wajda nie osiągnął sukcesu, a i prób takich też nie podejmował wiele. Pamiętamy pierwsze słowa jego przemówienia z 2000 roku z Los Angeles, gdy odbierał Oscara za całokształt twórczości: "Ladies and gentlemen, będę mówił po polsku, bo chcę powiedzieć to, co myślę, a myślę zawsze po polsku". Pozostał twórcą na wskroś polskim, w polskości zanurzonym, a może i czasem polskością zawianym – i także za tę polskość swych najwybitniejszych dzieł był doceniany na całym świecie. No dobrze, ale czy komuś udało się wybić w szerokim świecie? Jeśli chodzi o polskie podwórko, do głowy przychodzą mi jedynie trzy nazwiska: Agnieszka Holland, Roman Polański i Jerzy Skolimowski. Ograniczam się tu tylko do współczesnych reżyserów, choć już przecież nie najmłodszych. Nieszczególny to wynik, przyznajcie sami. Nie bez powodu na samym początku tego wywodu wspomniałem o "naszej części świata", wszakże doświadczenia historyczne i dziedzictwo kulturowe pozwalają nam mówić o pewnej wspólnocie. Czesi, Słowacy, Ukraińcy, Węgrzy. Oni też nie mogą się pochwalić znaczącą reprezentacją twórców światowego formatu, przynajmniej w tym drugim zaproponowanym powyżej znaczeniu. I tu dochodzimy do sedna. Jest wszakże jeden autor, który chyba pobił wszystkich wyżej wymienionych. To Milosz Forman, Czech, który od niemal półwiecza mieszka i tworzy w Stanach Zjednoczonych.
Urodził się w Czaslawiu w środkowych Czechach w 1932 roku. Jego rodzice zginęli w obozie zagłady. Uczył się w Podiebradach w szkole z internatem dla ofiar II wojny światowej. Jego kolegami z ławy byli tam między innymi Waclaw Hawel i Jerzy Skolimowski. Nie przyjęto go do akademii teatralnej, więc spróbował w szkole filmowej, dzisiaj legendarnej praskiej FAMU. I tak to się zaczęło. Był jednym z filarów czechosłowackiej nowej fali, nurtu filmowego z lat 1962-1972, którego ekranowi reprezentanci po dziś dzień zachwycają świeżością, trafnością obserwcji, maestrią opanowania filmowego medium, często także humorem. Od początku Forman wyróżniał się z grona "wszystkich tych bystrych młodych mężczyzn i kobiet", jak tę niezwykłą generację określił w tytule poświęconej jej książki pisarz i scenarzysta Josef Szkworecki. Wyróżniał się gotowością pracy z naturszczykami, zmysłem obserwacji oraz okrucieństwem - ale okrucieństwem satyry. Kto zna "Pali się, moja panno", ten wie, o co chodzi. Forman nie wahał się wytykać przywar swoich rodaków, nie znał litości. Był za to i chwalony, i ganiony, wiadoma rzecz. Ów film, trzeci pełnometrażowy w dorobku artysty, powstał w międzynarodowej koproducji, nazwisko Formana było już znane daleko poza granicami Czechosłowackiej Socjalistycznej Republiki. Gdy rozkwitający od Praskiej Wiosny 1968 roku "socjalizm z ludzką twarzą" radzieccy towarzysze postanowili przy pomocy wojsk Układu Warszawskiego zawrócić na właściwe tory, Milosz Forman wybrał emigrację. Przez Francję dotarł do USA i wkrótce tam zaczął realizować filmy. Co ciekawe, od razu wybierał tamtejsze tematy, nie próbował silić się na egzotykę. Najpierw był niestandardowy portret amerykańskiej rodziny, czerpiący jeszcze ze sprawdzonych czechosłowackich metod twórczych, ale podkręcony oparami palonej trawki, czyli "Odlot". A potem? Potem, w roku 1975, przyszedł czas na lot - "Lot nad kukułczym gniazem".
To pierwsze znaczące dzieło Kena Keseya, niezłego rozrabiaki, którego koleje losu wytyczały eksperymenty z substancjami psychoaktywnymi, naruszające przepisy prawa i dobry obyczaj przygody oraz tworzona przezeń niezła literatura. Zawarty w powieści obraz szpiala psychiatrycznego pisarz stworzył na bazie własnych doświadczeń z praktyk studenckich w ośrodku, gdzie prowadzono badania nad rozmaitymi środkami leczenia. Nim książka ukazała się na rynku, prawa do jej ekranizacji nabył Kirk Douglas, znany aktor, ojciec Michaela. Kilkanaście lat minęło i film powstał. Wspominał Forman: "Pewnego dnia dostałem przesyłkę z Kalifornii. W środku była książka, o której nigdy nie słyszałem, napisana przez autora, o którym nie miałem pojęcia, ale gdy zacząłem czytać, natychmiast zrozumiałem, że to najlepszym materiał na film, jaki mogę znaleźć w Ameryce". Ruszyły prace nad scenariuszem, zdjęcia próbne, obsadzono aktorów: Jacka Nicholsona w roli McMurphyego, Louise Fletcher w roli siostry Ratched, Willa Samsona w roli Wodza. Wystartowała cała machina produkcyjna. Film miał premierę 19 listopada 1975 roku.
Powieść, a za nią i film, pokazują zamknięty świat szpitala psychiatrycznego jako metaforę współczesnego świata - aktualną cztery dekady temu i dzisiaj. Personel konsekwentnie ogranicza wolność i kontroluje wszystkie aspekty życia pacjentów. Dąży do pozbawienia ich cech indywidualnych, do odarcia z godności, do sprowadzenia do roli bezwolnych maszyn. I biada temu, kto próbuje się postawić. Choć, jak to zwykle bywa, niektórym bunt się udaje, choćby i chwilowy. Do dzisiaj w samych Stanach Zjednoczonych sprzedano ponad osiem milionów egzemplarzy książki. Ile na świecie, pewnie nikt nie zliczy.
Odbiór filmu? Fantastyczny. Wszędzie. Do dzisiaj. Nie ma co się na tym rozwodzić. Mówimy wszakże o arcydziele, nad wyraz często okupującym wysokie miejsca w rozmaitych zestawieniach filmów wszech czasów. Złożyły się na to, poza znakomitym pierwowzorem i jego adaptacją, poza niezaprzeczalnym talentem reżysera, poza charyzmą aktorów, także ponadczasowy wydźwięk.
No dobrze, Ken Kesey nie był filmem zachwycony, powiedział wręcz, że film by mu się podobał, gdyby sam go nakręcić i zagrał w nim główną rolę. Nie podobało mu się, że narratorem filmu nie jest, inaczej niż w powieści, Wódz, a zamiast Jacka Nicholsona w głównej woli widziałby raczej Gene'a Hackmana. Ale to wszystko było chyba grą, bo wdowa po Keseyu wyznała jednak, że mężowi film się w sumie podobał. Współpraca z Formanem, jak głosi legenda, chyba nie przypadła do gustu samemu Nicholsonowi, który nie rozmawiał na planie z reżyserem, ale na szczęście dał się prowadzić autorowi zdjęć. Inne wspomnienie mówi, że nieporozumienia między odtwórcą głównej roli a reżyserem spowodowały, że każdą scenę kręcono na dwa sposoby: tak jak chciał Forman i tak jak chciał Nicholson, a w montażu wybierano tę lepszą, trafniejszą. Z kolei Louise Fletcher miała wszystkim pozostałym członkom ekipy za złe, że one jedyna nie może się na planie śmiać czy choćby uśmiechać. Ot, "Lot nad kukułczym gniazem", jak wiele dzieł, które przetrwały próbę czasu, obrósł, a może nawet wciąż obrasta takimi opowiastkami. I wciąż powstają filmy i teksty o nim.
Tylko trzy filmy w historii zdobyły tzw. Big Five Academy Oscars, które zwykliśmy nazywać wielkim oscarowym szlemem: to statuetki za najlepszy film, najlepszą reżyserię, najlepszy scenariusz oraz najlepsze główne role: męską i żeńską. Tylko trzy, a były to: "Ich noce" Franka Capry z 1934 roku, "Lot nad kukułczym gniazdem" Milosza Formana z 1975 i "Milczenie owiec" Jonathana Demme'a z 1991 roku. O Oscarach, a zwłaszcza o trybie ich przyznawania, różne rzeczy można myśleć, a nawet mówić, ale jedno trzeba przyznać: w amerykańskim świecie kina znaczą najwięcej, a dla wszystkich twórców na świecie są potencjalną trampoliną do kolosalnej kariery. Milosz Forman tej trampoliny już wówczas nie potrzebował, ale także dzięki temu rozdaniu wszedł do historii kina. Nie spoczął na laurach. Wkrótce zrealizował musical "Hair", potem "Ragtime", "Amadeusza" i kilka innych znaczących dzieł.
Raz miałem okazję spotkać Milosza Formana. Festiwal w Karlowych Warach, rok 2009, konferencja po pokazie jego ostatniego, nieciekawego filmu, którego tytułu już nawet nie pamiętam. Po konferencji można było próbować umówić się na rozmowę z mistrzem. Postanowiłem spróbować. I, podobnie jak wszystkich innych śmiałków, odprawił mnie z kwitkiem. Palił nieodłączne cygaro, obdarzał atencją co młodsze panie, raczył otoczenie małymi złośliwościami. Na szczęście nie odmówił mi autografu w polskim wydaniu jego autobiografii, skądinąd nie najciekawszej. Mówi się o nim, że jest trudny. Wybitny znawca czechosłowackiego kina, kilka lat od Formana starszy, Antonin Liehm, na pytanie, czy przyjaźni się z autorem filmowego "Lotu nad kukułczym gniazdem", odparł krótko: "Z geniuszem nie da się przyjaźnić".

Zapraszam Państwa na spotkanie z dowodem owego geniuszu i pozdrawiam serdecznie,
Maciej Gil

Proponowane zagadnienia do dyskusji:
- szpital psychiatryczny w literaturze i filmie;
- zamknięte środowisko jako metafora społeczeństwa;
- wariat, szaleniec, osoba chora psychicznie jako zwierciadło dla osoby "normalnej";
- normalność i normatywność versus nienormalność i nienormatywność - przykłady;
- "Przynajmniej się starałem, do diabła!" - słowa klucze, zapraszam do interpretacji;
- milczenie jako wypowiedź;
- artystyczny sukces na skalę światową - przykłady, dowody, kandydatury.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 12 paź 2017, o 16:18 
Offline

Dołączył(a): 14 sty 2013, o 21:02
Posty: 95
Dzień dobry,
lubię filmy Formana i dlatego z przyjemnością obejrzałam ponownie „Lot nad kukułczym gniazdem”.
Przy okazji przypomniałam sobie mój pierwszy kontakt z tym reżyserem. Był rok 1985, oglądałam „Pali się, moja panno” na Koszalińskich Spotkaniach Filmowych. Trochę mną wstrząsnęło, że można tak kręcić filmy. No ale wówczas byłam widzem niewyrobionym, bardzo zielonym i niewiele wiedziałam o czeskim kinie…
W zaproponowanym przez Klub Konesera obrazie nieustająco zachwyca mnie Jack Nicholson. Ciekawe było to, o czym Pan, Panie Macieju, wspomniał we wprowadzeniu. Dwaj geniusze kina tak się ścierali, niewiarygodne! Jednak ten spór chyba wyszedł filmowi na dobre, bo rola Nicholsona zapada w pamięć na zawsze, a przynajmniej na bardzo długo. Uważam, że to jedna z jego najlepszych kreacji. Jeśli spory między reżyserem a aktorami mogą przynosić tak dobre efekty, to niech sporów będzie jak najwięcej. uśmiech
Edyta Grabowska-Gwardiak


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 12 paź 2017, o 16:56 
Offline

Dołączył(a): 14 sty 2013, o 21:05
Posty: 125
Witam Forum,
oto co na gorąco przewala się w mojej głowie po „Locie...”-odlocie.
Fabuła wciąga jak wyciąg. Pannę Ratched chce się zabić i ta słaba, piękna płeć wydaje się mieć w swoim gronie największe jaja. Tylko czy nie powinna zamienić się na łóżko z którymś z pacjentów?
Jack Nicholson to dla mnie genialny wybór do roli McM i entuzjastycznie podeszłam do scen, w których ten zagorzały i wierny kibic "lejkersów" grał w kosza.
Ale po seansie po głowie chodzi mi i taka myśl, że ten film to jeden wielki manifest wolności. A Ameryka, oprócz baseballa, Juicy Fruit i Marlboro, to jej największy symbol, chociaż może to tylko największy i najlepszy na świecie PR. Bo czymże i czy w ogóle byłaby Ameryka, gdyby nie pozbawiła wolności rdzennej ludności indiańskiej (czytaj postać Wodza i jego ucieczka w scenie zamykającej film(.
W ogóle fajnie wybrzmiewa to z pierwszą sceną, jak do „gniazda” podrzucony zostaje opryszek, buntownik, daje chłopakom trochę normalności i luzu, a wypada zbuntowany i uświadomiony Wódz.
Wzmianka o murze berlińskim w wiadomościach pokazuje uniwersalizm tej historii (sam Forman przecież emigrował z ciemiężonej ojczyzny).
A tak na marginesie, to nie wiedziałam, że Milos Forman to taki drugi Salvador Dali, geniusz i snob.
Tymczasem
Magda

Pytanie do Moderatora: Maćku, o czym chciałeś pogadać z Milosem Formanem? (gdyby wtedy Wasze spotkanie przybrało inny „kadr” :)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 12 paź 2017, o 19:06 
Offline

Dołączył(a): 13 sty 2013, o 22:03
Posty: 302
Witam Forum!

Witaj Maćku!

Z trzech wymienionych przez Ciebie filmów, które zdobyły w historii kina tzw. Big Five Academy Oscars, widziałam dwa. „Milczenie owiec” to obraz kultowy, który oglądałam jeszcze bazując na doznaniach wzrokowych. Niesamowita gra Hopkinsa – głos, postawa, spojrzenie powodowały ciary na plecach. „Milczenie owiec” Jonathana Demme'a to produkcja, która na długo pozostaje w pamięci. Drugim takim obrazem jest „Lot nad kukułczym gniazdem” Milosza Formana i jako widz uchylam kapelusza przed reżyserem. No w sumie nie tylko przed nim, bo efekt końcowy jest wynikiem pracy wielu ludzi. Tytuł znany, ale przyznaję szczerze, że ten obraz właśnie obejrzałam po raz pierwszy. Forman faktycznie stworzył dzieło ponadczasowe. Przedstawiony schemat postępowania z ludźmi zamkniętymi w szpitalu psychiatrycznym jest uniwersalny i niestety nadal powszechny. O ileż łatwiej sterować grupą ludzi uległych, nafaszerowanych lekami i zastraszonymi. Każdy odszczepieniec od tej normy stanowi zagrożenie dla ładu i porządku. Tutaj doskonała rola Jacka Nicholsona. Świetny kontrast do postaci McMurphyego, tworzył Will Samson – Wódz. Dłużej uda ci się ukryć, zakamuflować swoją inteligencję, gdy będziesz umiał się przyczaić, pozostać w cieniu. Oczywiście można te wnioski przełożyć na różne sytuacje życiowe.
W moim subiektywnym odczuciu audiodeskrypcja chwilami zaskakiwała i wprowadzała dysonans. Zastanawiałam się na jakiej podstawie było wiadomo, że wchodząca, nocą na oddział puszysta pielęgniarka jest doświadczona? Były sceny, w których audiodeskrypcja wyprzedzała fabułę. Szczególnie zaburzyło mi to odbiór, gdy McMurphyego poddawano elektrowstrząsom. Skupiona na cierpieniu bohatera, nagle usłyszałam – siostra Ratched prowadzi poranną rozgrzewkę. W rzeczywistości ta scena pojawia się dopiero po kilku sekundach. Rankiem trzech pielęgniarzy wraca do pracy. A gdzie oni wyszli? Czy nie szli do pracy kolejnego dnia?
Jak wspomniałam obejrzałam dwie produkcje nagrodzone „wielkim oscarowym szlemem”. Mam nadzieję, że w Klubie Konesera pojawi się także trzecia, czyli "Ich noce" Franka Capry.

Alicja


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 14 paź 2017, o 13:44 
Offline

Dołączył(a): 14 sty 2013, o 21:02
Posty: 95
Witam ponownie,
zauważam z radością że Jackowi Nicholsonowi przybywa na forum fanek. To dobrze, bo to genialny aktor i niesamowity mężczyzna...
Może Moderator podsunie radzie programowej IKFON jeszcze kilka tytułów z tą gwiazdą? Może coś do Klubu Konesera? Ja byłabym bardzo za!
Co do audiodeskrypcji, to podzielam sąd Alicji. Nie zawsze ad trafiała we właściwy moment. To, co mi się jednak podobało, to krótki, acz treściwy wstęp, który znakomicie opisywał najważniejszych bohaterów. Brawo dla autora skryptu!
Pozdrawiam
Edyta


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 16 paź 2017, o 08:41 
Offline

Dołączył(a): 25 wrz 2013, o 09:09
Posty: 272
Dzień Dobry Forum

Miły Panie Moderatorze

Szpital psychiatryczny a raczej kwestia choroby psychicznej to odmienność, którą ludzkość próbuje okiełznać, zrozumieć a współcześnie oswoić i przywrócić do użyteczności społecznej. Książka, film, sztuka teatralna ma w tym procesie duże zasługi, bo jak inaczej akceptować nienormalność jak nie przez normatywność.
Pytania miłego Pana moderatora o przykłady to dla mnie motywacja do wykopalisk w własnym mózgu. Wiem nie ładnie tak kopać, grozi chorobą lub dokopaniem się.
No oczywiście że „Lot nad kukułczym gniazdem” w wersji Kese’ya i Formana. No oczywiście że „Przerwana lekcja muzyki” w wersji książkowej i filmowej.
„Ptasiek”, „Wyspa tajemnic” Scorsese czy „Dom durakom” Andrieja Konczalowskiego, które łączy okrucieństwo i bezsens wojny w tle filmowej opowieści.
Artystyczne walki z uprzedzeniami pomagają społeczeństwom pozbywać się lęków. Lęków, które prowadzą do zła w życiu powszednim. Film Milosa Formana był dla mnie pierwszym odważnym krokiem w odczarowywaniu odmienności tak bardzo niezrozumianej jakim jest szaleństwo vel obłąkanie.
Jest przecież i książka i film „Obłąkani”. Co prawda Pan Edgar Allan Poe w oryginale przemawia do mnie bardziej ale film jest.
Wszystkie artystyczne wizje szaleństwa pozwalają mi dostrzegać normalność uczuć w każdej odmienności. Uniwersalność oddziaływania emocji pozwala walczyć z własnymi stereotypami. Lot z Panem Jackiem świetnie oddaje równość potrzeb, równość odczuć ludzi niezależnie od ograniczeń.
Książka Keseya i film Formana jako pierwsze pozwoliły mi zauważyć że szaleństwo może być ucieczka przed ogólnospołecznie pojmowanym dobrem w życiu i zżyciu.
Dobrze wiedzieć że w szaleństwie jak w dobrym lustrze mogę przejrzeć na oczy.
Zobaczyć minusy subiektywnych ocen. Zwątpić w słuszność idei fix.
Zrozumieć wolność wyboru.
Wdzięczny jestem twórcom filmu że zachowali, nieco z boku ale jednak zachowali, książkowe dziedzictwo wodza. Przekierowanie mojej uwagi na McMurphyego dodaje wartości filmowi. Scenariusz czerpie z książkowego dramatu ale nie czyni tego bezmyślnie.
„K –PAX” w reżyserii Pana Saftley, zafundował mi kosmiczną interpretacje szaleństwa. „Przebudzenia” w reżyserii Pani Marshall, subiektywnie oczywiście, przypominały o emocjach w życiu każdego człowieka a niedoskonałość jest potrzebna by zachować równowagę.
Szaleństwo to również jeden ze sposobów wyeliminowania jednostki. W omawianym filmie ma to ostateczny wymiar ale patrząc na film „Gothika” może być motywacją do walki. System można pokonać i realnie i symbolicznie.
McMurphy jest dla mnie w omawianym filmie takim symbolem.
Bardzo pojemny to obszar artystycznego szaleństwa.
A czy „Dom wariatów” Pana Koterskiego nie jest o szaleństwie dnia codziennego?
Jedno jest istotne. Próbować trzeba. Taki obowiązek współodczuwającego człowieka.
Szkoda że audio deskrypcja bagatelizuje ważny czynnik wyglądu postaci, pomija diaboliczny wygląd siostry Ratched. Doceniam jednak trud subiektywnej oceny istotnych opisów. Ta fryzura siostry Mildred swego czasu przewijała się w różnych wariacjach w horrorach nie pierwszej wody. :)
Danny De Vito niepowtarzalny jak na wariata przystało.
Był sobie, jest taki film „Księżniczka i wojownik” w reżyserii Toma Tykwera, który oferował widzowi odkupienie win w szaleństwie. I tak sobie myślę że inspiracją dla Pana Toma był Pan Forman. I to nie tylko z powodu okna.
Billy Bob Thornton jako Karl Childers to kolejny przykład podważalności normatywności życia. Na tle wrażliwości i wartości dobra i zła w oczach dziecka daje szerokie możliwości weryfikacji tego co uważam za „szaleństwo”.
A może szaleństwo to metoda na uwiecznienie, filmowe, nieśmiertelności ludzkiego umysłu? Tak jak w scenariuszach Pana Charliego Kaufmana.
No i oczywiście że „Milczenie owiec” tylko to nie ten wątek.

Bardzo dziękuję za wybór filmu. Bardzo dziękuję za wprowadzenie do filmu.

Pozdrawiam, dobrego dnia, bez odbioru.
Mariusz Kowalski


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 17 paź 2017, o 10:07 
Offline

Dołączył(a): 14 sty 2013, o 21:02
Posty: 95
Dzień dobry,
to ja dołożę do obszernej listy tytułów, przywołanych przez Mariusza, dwa filmy: „Ogród Luizy” Macieja Wojtyszki i „Fisher King" Terry'ego Gilliama. Są różnorodne, a wątek problemów psychicznych jest w nich ciekawie pokazany. Kto nie zna - niech koniecznie pozna!
Edyta


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 18 paź 2017, o 16:39 
Offline

Dołączył(a): 13 sty 2013, o 21:50
Posty: 166
To ja powiem tak, jeśli z "z geniuszem nie da się przyjaźnić", to czy można zaprzyjaźnić się z wariatem? Jeśli psychiatryk to metafora naszego świata, gdzie Indianin nie gada ze strachu przed polityczna poprawnością, bo mu język ucięto, a młody zakapior ucieka w zamknięcie, żeby nie pójść siedzieć... to co porabiają prawdziwi wariaci?

Ponoć wariaci nigdy nie powiedzą, że są zdrowo szurnięci o sobie. A za to ci normalni mówią o sobie "per wariat". Z portretów wariatkowa najbardziej kojarzę filmy Koterskiego o jakże znaczących tytułach "Dzień świra" czy "Dom wariatów", w których szaleństwo definiowane jest jako objaw nerwicy natręctw i protestu wobec toksycznego świata dla nie pasującego do naszej ery romantyka - Adasia Miauczyńskiego.

Z innych tytułów to mi się kojarzy jeszcze "wojna domowa", bo przecież w domu walki ze sobą toczą tylko świry rzucając w siebie talerzami i widelcami.

W tym dziele niesamowite są sceny w łodzi i w autobusie ze względu na szczerość bohaterów, którym udało wyrwać się z psychiatryka. Te pytania? Czy wy jesteście świrami? I przedstawianie się pacjentów jako lekarze - i to był prawda, bo przecież ci bohaterowie przebywali ze sobą tak wiele czasu, że na pewno, gdyby zaczęli studiować te wszystkie schizofrenie, natręctwa, lęki z racji praktyki, a nie teorii byliby najlepszymi absolwentami na roku w uniwerku, gdzieś tam w USA.

Co do portretowania szaleństwa - w pierwszej scenie widzę łańcuchy i jakoś tak drętwo przypięty do łózka pacjent kojarzy mi się, z leczeniem obłąkanych na dawnych rycinach. Zresztą kiedyś choroba psychiczna była uznawana za szatańskie opętanie i na szczęście dziś pobrzmiewa to raczej w żartach w stylu:

Burza. Dwaj wariaci uśmiechają się szeroko w stronę błysków.
- Dlaczego się śmiejecie? - pyta niby normalny człek.
- Pan Bóg robi nam zdjęcie! - odpowiada ten normalny.

Tylko kto w tej sytuacji jest normalny, skoro "z geniuszem nie da się przyjaźnić".

pozdrawiam, Justa.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 20 paź 2017, o 13:22 
Offline

Dołączył(a): 25 wrz 2013, o 09:09
Posty: 272
Dzień Dobry Forum

Pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego przybywa nowy pacjent. Po wykonaniu badań wstępnych ,w towarzystwie sanitariusza, idzie na spacer do przyszpitalnego parku.
Zauważa na ławce pacjenta, który uderza się kamieniem po głowie. Zgubiwszy obstawę podchodzi pyta :
- Co Ty robisz wariacie jeden?
- Narkotyzuje się.- odpowiada pacjent.
- No idiota!
Nowo przybyły po chwili zwątpienia idzie dalej. I co ? Na najbliższej ławce kolejny pacjent okłada się kamieniem po głowie.
- A Ty co robisz człowieku?
- Narkotyzuje się – odpowiada pacjent.
Scenka okładania się po głowie powtórzyła się co ławeczka. Gdy nowoprzybyły spotyka przy wejściu do szpitala i wariata z kopa kamieni.
- A Ty co robisz?
- Sprzedaje narkotyki.

Może wszyscy jesteśmy wariatami?

Pozdrawiam
Mariusz


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 20 paź 2017, o 21:00 
Offline

Dołączył(a): 20 lut 2014, o 16:33
Posty: 53
Oczywiście, starym zwyczajem najpierw zaliczyłam książkę, a było to dawno, dawno temu. Krótki czas po książce obejrzałam film - oba dzieła zrobiły na mnie jednakowe wrażenie. Być może dlatego, że ze szpitalami jestem za pan brat i sama zauważyłam, że oddziały szpitalne to swoistego rodzaju mikroświaty. Tyle że w szpitalu jako szpitalu wskazane jest wszelkimi sposobami walczyć o swoje prawa - dyplomacja raczej chorego nie uzdrowi. Faktem jednak jest, że trzeba wiedzieć, kto z personelu ma głos decydujący, a kto biernie wykonuje polecenia przełożonego. Warto też wiedzieć, kto z personelu lubi ludzi i lubi ludziom pomagać, bo ma poukładane własne życie, a kto odreagowuje na przykład niespłacony kredyt czy męża pijaka. Wieloosobowe sale także dają pole do popisu, bo współpacjenci dobierani są na chybił trafił, a bywa, że trzeba ze sobą wytrwać kilka tygodni lub miesięcy. W szpitalu zmagamy się także z bólem fizycznym lekceważonym przez biały personel, z niepewnością co do wyników badań i skuteczności zaproponowanego leczenia czy nie zawsze chwilowym oszołomieniem po ogłoszeniu diagnozy. Krótko mówiąc, szpital to prawdziwa szkoła życia! Jeśli ta instytucja kogoś nie zabije, to przynajmniej nauczy żyć poza jej murami.
Oglądając film, oglądałam coś bardzo mi znanego, choć rozumiem, że filmowy oddział psychiatryczny to aluzja do rzeczywistości, w której dla świętego spokoju i dla własnego dobra, wzorem Indianina, najlepiej nic nie słyszeć i nic nie mówić. Postawa asekuracyjna jest bodaj najpowszechniejsza, bo najbezpieczniejsza i chyba też najwygodniejsza - zdaje się, że cechuje ludzi przeciętnych. Z drugiej strony każdy z nas jest na swój sposób indywidualnością i zasługuje na indywidualne traktowanie, indywidualny tok nauczania, wychowywania, leczenia czy terapeutyzowania.
Bohaterowie filmu, choć gołym okiem było widać, że się od siebie różnią, że zmagają się z odmiennymi problemami natury emocjonalnej, to i tak poddawani byli masowej terapii, która miast ich dowartościowywać, wyzwalać w nich twórczą energię, redukować poziom lęku itp. itd., tylko ich umacniała w poczuciu bezradności, a wręcz przysposabiała do bezwzględnego posłuszeństwa. Zresztą, to nie była żadna terapia, a najzwyklejsze pranie mózgu łamane przez szantaż emocjonalny. Zdaje się, że żadna władza, żaden system polityczny niezbyt radzi sobie z indywidualistami, tj. radzi sobie, ale poprzez izolowanie i ubezwłasnowolnienie niepokornego obywatela. Co prawda, grany przez Nicholsona Randle McMurphy był tak bardzo niepokorny, tak bardzo zbuntowany, że aż niewychowywalny - łobuz, który irytuje i jednocześnie wzbudza sympatię, bo przynajmniej jest autentyczny i otwarty na inność. Jest zaprzeczeniem wszystkiego tego, co reprezentuje siostra Ratched. Być może Ratched w tym, co sobą reprezentowała, jak traktowała pacjentów, była autentyczna, ale jej zasadniczość i wiara w zapisane na papierze procedury postępowania budziły słuszny lęk. Lepiej nie sprzeciwiać się komuś takiemu, bo znajdzie on odpowiedni paragraf i nie omieszka go zastosować. Skoro lobotomia zapisana jest jako jedna z metod dyscyplinujących (czyt. eliminujących), to dlaczego by jej nie zastosować wobec niezdyscyplinowanego, zdemoralizowanego, zbuntowanego i do tego lubianego pacjenta-kryminalistę?
No i przypomniało mi się, jak to lata temu, kiedy brałam się za czytanie książki Kena Keseya, mój osobisty brat konspiracyjnym szeptem instruował mnie, cobym nie spuszczała oka ze starego Indianina. Zadanie okazało się niezwykle trudne, bo ów Indianin był strasznie nijaki, niczym szczególnym się nie wyróżniał - po prostu sobie był, niczym rekwizyt wśród innych rekwizytów na planie filmowym. No i może to jest właśnie sposób na niewchodzenie w konflikt z represyjnym systemem...

_________________
Edyta


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 22 paź 2017, o 17:52 
Offline

Dołączył(a): 14 wrz 2016, o 07:16
Posty: 12
Miłe Klubowiczki i mili Klubowicze!

Dziękuję za wszystkie komentarze! Zabieram się do ich ponownej lektury i opracowania.

Wrócę do Was wkrótce!

Pozdrawiam serdecznie,
Maciej Gil


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 paź 2017, o 20:02 
Offline

Dołączył(a): 14 wrz 2016, o 07:16
Posty: 12
Miłe Klubowiczki i mili Klubowicze!

Przede wszystkim: niezmiennie najserdeczniej dziękuję wszystkim osobom, które zechciały przelać swoje reflekcje po obejrzeniu filmu na elektroniczny papier. Wszystkie komentarze przeczytałem z niesłabnącą ciekawością, ba! wszystkie przeczytałem przynajmniej trzykrotnie.

Film zrobił wrażenie. Książka również, jeśli wierzyć słowom osób, które lekturę mają za sobą. Chciałem w tym miejscu napisać, że mnie nie zaskoczyliście, ale jednak nie mogę. Jak zwykle część komentarz oszołomiła mnie swoją erudycyjnością. Przypomniała pewne tytuły i postaci, skierowała uwagę na inne, dotychczas nieznane. Niezmiennie jestem za to wdzięczny. Powstał oto kanon tekstów kultury poświęcony naszemu tematowi. Można śmiało korzystać.

Jedna z osób zapytała, nawiązując do wstępu do filmu, o czym chciałem porozmawiać z Miloszem Formanem? Nie odpowiem teraz precyzyjnie, wszakże kilka lat minęło, wtedy byłem świeżo po przeczytaniu jego autobiografii. Jak wspominałem, rozczarowującej, więc z pewnością były tam passusy domagające się rozwinięcia. Ale nie mam wątpliwości, że zapytałbym o jego poczucie tożsamości – jako Czecha, Środkowoeuropejczyka, Europejczyka, światowca, wojenną sierotę, artystę przemawiającego uniwersalnym językiem kina. O umiejętność wejścia gładko w amerykański świat kina, inny świat. O współpracę z wielkimi, w tym z Jackiem Nicholsonem, może spróbowałbym zweryfikować legendy, o których napisałem. Tylko czy o to akurat warto? Pewnie zagadnąłbym o tę powojenną szkołę, o słynnych dziś kumpli z ławki. Może oślej? Dziś dopytałbym o niezrealizowane projekty, bo to temat, który ostatnio mnie interesuje, taka alternatywna historia kina, historia niebyła. O to, czy nie miał ochoty po 1989 roku wrócić do ojczyzny, by jeszcze raz coś nakręcić w rodzimym języku? Byłoby o czym gadać, gdyby tylko była ku temu okazja i chęć...

Słów kilka o audiodekrypcji. Naprawdę krótko, bo i sytuacja znana: część z komentujących chwaliła, a część ganiła za pewne niedoskonałości. Jak zwykle. Nad tymi uwagami z pewnością pochyli się szefostwo Stowarzyszenia De Facto.

Dwie osoby uzupełniły swoje wypowiedzi o dowcipy o wariatach. Dobry żart zawsze w cenie, choć wiadomo, czasy niełatwe, trzeba uważać, z kogo się żartuje, i dbać, by nie przekroczyć granicy dobrego smaku. To już niezależnie od czasów. Ja, wyznam tu, uwielbiam dowcipy o niewidomych, które zdarza mi się usłyszeć na płockim festiwalu. Śmieszą bardziej niż w innych okolicznościach.

Na finał fragment rozmowy Margit Kossobudzkiej z doktorem Adamem Wichniakiem, specjalistą psychiatrą, neurofizjologiem klinicznym (źródło: "Gazeta Wyborcza" z 19 stycznia 2016 roku):
Margit Kossobudzka: To jesteśmy normalni czy nie?
Dr Adam Wichniak: Nie mnie to oceniać. Ja bym się skłaniał do tego, że większość ludzi ma jakieś aspekty zachowania, osądów, emocji, które odbiegają od tego, co uznajemy za normę.
Margit Kossobudzka: Nie ma osób supernormalnych?
Dr Adam Wichniak: Takich bym się obawiał. Jak ktoś uważa, że jest supernormalny, to już sam ten fakt budzi mój niepokój. Ludzie, którzy o sobie tak sądzą, zazwyczaj w związku z tym odbierają normalność innym.
Zakończę tą zapożyczoną optymistyczno-pesymistyczną opinią ekspercką.

Dziękuję za "wspólny" seans i jak zwykle ciekawą dyskusję!
Kłaniam się,
Maciej Gil
PS I tradycyjnie trzy cytaty, które subiektywnie uznałem za najciekawsze czy najtrafniejsze:
"Dla mnie szpital psychiatryczny jest tu metaforą skomplikowanych układów codziennego życia, w które jesteśmy uwikłani. Nie musimy być, ale coś nas powstrzymuje, żeby się z nich uwolnić. Znamienna jest scena, kiedy McMurphy dowiaduje się, że tylko on i jeszcze dwóch innych pacjentów jest w tym szpitalu umieszczonych przymusowo. Wszyscy inni są w nim dobrowolnie. Jest im tam źle, marzą o opuszczeniu tych murów, mogliby to w każdej chwili uczynić na własne żądanie, ale tego nie robią. Co ich powstrzymuje? Chyba lęk przed światem zewnętrznym, w którym każdy zostawił jakieś trudne, nierozwiązane sprawy i nie wie, czy dałby sobie radę, gdyby do nich wrócił. Lepsze jest piekło znane od nieznanego?" (pan Andrzej Liczmonik)
"Dzisiejsze społeczeństwo, współczesny człowiek izoluje się od sąsiada. Wpatrzony w ekran komputera i telewizora, zajęty własnym życiem, przypomina, jakże często, bezradnych pacjentów szpitala psychiatrycznego. Mimo iż wydaje mi się, że teoretycznie stać mnie na życzliwość wobec drugiego człowieka, skłonny jestem do oceny i krytyki zachowania innych, chociaż przecież brak mi wiedzy, dotyczącej przyczyn jego reakcji. Narysowałem 6, ale osoba, siedząca po przeciwnej stronie blatu stołu, widzi 9. Wielokrotnie miałem okazję przekonać się, że powszechnie przyjęte normy w praktyce nie zawsze się sprawdzają, i że ktoś nazywany wariatem swój rozum ma". (pan Ireneusz Kaczmarczyk)
"Po obejrzeniu dzieła Milosza Formana dochodzi się do wniosku, że przez lata nic sie nie zmienia, a świat to nieustajaca arena, na której zmagają sie opętane, niezrównoważone i pełne agresji osobowosci. Po to, byśmy się wszyscy nie pozabijali, jedni pragną oplatać nas siecią krat i procedur mających wszystko unormować. Inni mają to w nosie i dążą do pełnej samorealizacji, nie zwracając uwagi na potrzeby i dążenia bliźnich". (pan Zbigniew Niesiołowski)
A pani Marii Niesiołowskiej składam podziękowania za przypomnienie słowa "tameczny"! :)


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 27 paź 2017, o 20:02 


Góra
  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 13 ] 

Strefa czasowa: UTC


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
cron
To forum działa w systemie phorum.pl
Masz pomysł na forum? Załóż forum za darmo!
Forum narusza regulamin? Powiadom nas o tym!
Powered by Active24, phpBB © phpBB Group
Tłumaczenie phpBB3.PL