Internetowy Klub Filmowy Osób Niewidomych

ikfon.defacto.org.pl
Teraz jest 20 wrz 2019, o 17:57

Strefa czasowa: UTC




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 7 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: 16 gru 2018, o 20:38 
Offline

Dołączył(a): 8 sty 2013, o 20:22
Posty: 179
Miłe Klubowiczki i mili Klubowicze!

Witam Was na kolejnym spotkaniu Klubu Konesera Internetowego Klubu Filmowego Osób Niewidomych „Pociąg”!

Zapraszam na film „Doktor Żywago” Davida Leana - i do dyskusji o nim.

Tym razem sięgamy w przeszłość kina, bo do roku 1965. Kino jako rozrywka i jako sztuka liczyło sobie wówczas lat siedemdziesiąt. Dojrzały wiek. Miało już za sobą wydłużenie, udźwiękowienie, pokolorowanie i inne rewolucyjne zabiegi technologiczno-estetyczne, a było właśnie na etapie gwałtownego... rozszerzania.
Tu zawieśmy na chwilę opowieść, do szerokości jeszcze wrócimy, nie mogę wszakże oprzeć się pokucie wplecenia w ten wstęp opowieści z zakresu historii filmu jako medium. Dawno gawęd historyczno-filmowych nie było, nieprawdaż?
Ale, jak to często bywa, wszystko zaczęło się od literatury. Losy powieści „Doktor Żywago” i jej autora, Borysa Pasternaka, są chyba jako tako znane. Przypomnę pokrótce. Przed II wojną światową był Pasternak uznanym literatem. Cieszył się sympatią czytelników i władz Związku Radzieckiego. Aż tu nagle przyszło mu do głowy napisać wielką powieść. Pisał od 1945 do 1956 roku i tak ją charakteryzował: „chcę pokazać historię Rosji ostatnich 45 lat. Zaś fabuła, ciężka, smutna i szczegółowa, jak to jest u Dickensa i Dostojewskiego, wyrazi moje poglądy na sztukę, na Ewangelię, życie człowieka w historii i wiele innych spraw”. Literackie losy lekarza Jurija Żywagi obejmują okres od początku XX wieku, przez rewolucję październikową i wojnę domową aż do lat trzydziestych. Burzliwy czas. I bardzo kruchy lód dla autora chcącego pisać szczerze.
„Doktor Żywago” nie ukazał się w Związku Radzieckim, nie było na to szans. Nikita Chruszczow był łaskaw tak zrecenzować książkę: „nawet świnia nie paskudzi tam, gdzie je”, choć na pewno jej nie czytał. Fragment wyszedł w Polsce w czasopiśmie „Opinie”, całość najpierw po włosku, potem po francusku, angielsku, hiszpańsku i rosyjsku, choć oczywiście nie w Związku Radzieckim. Kolejne wydania współfinansowała amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza, czyli CIA, jako element starć zimnowojennych! Powieść była międzynarodowym sukcesem, ale oczywiście w naszej części świata legalnie ukazać się nie mogła.
W 1958 roku Pasternak za „Doktora Żywago” otrzymał Nagrodę Nobla, ale szybko się jej zrzekł dla własnego i bliskich bezpieczeństwa. Medal odebrał dopiero jego syn Jewgienij w 1989 roku. Od roku powieść była oficjalnie drukowana w odcinkach w jednej z radzieckich gazet.
Egzemplarz włoskiego wydania wpadł w ręce słynnego producenta Carla Pontiego, który szybko dopatrzył się w powieści materiału na film i zainteresował nim słynne amerykańskie studio Metro-Goldwyn-Meyer. Wielka i mała historia, egzotyczne i tajemnicze przestrzenie carskiej Rosji i potem Kraju Rad, wojna i miłość, melodramatyczna opowieść, porywy serca i zrywy rewolucyjne – to nie mogło się nie udać. Machina produkcyjna ruszyła.
Tu pozwólcie na telegraficzny skrót historii rozwoju kina. Nie traktujcie tego jako podręcznika, raczej jako pewne drogowskazy i pożywkę dla wyobraźni. Otóż gdy kino się rodziło, było czarno-białe, roztrzęsione, niekoniecznie ostre, króciutkie (poniżej minuty!), nieme, jednoujęciowe, statyczne i tak dalej. To szybko zaczęło się zmieniać. Kolejne wynalazki, czyli postęp technologiczny, wpływał na język kina, na jego walory estetyczne. Po kilkunastu latach filmy zaczęły się wydłużać do rozmiarów znanych nam dzisiaj. Rozmaite eksperymenty z kolorem zaczęły się od razu, ale na dobre paleta barw zagościła na ekranie już po II wojnie światowej. Abstrahując od faktu, że kino tak naprawdę nigdy nie było nieme, bo tym nieudźwiękowionym filmikom zawsze towarzyszyły komentarze słowne lub muzyczne, popisy imitatorów dźwięków czy choćby terkot projektora, to kino zaczęło mówić na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Długo jeszcze pozostawało monofoniczne. Upraszczając temat, najdłużej kino było wąskie. Mowa o obrazie. Przez dekady dominował format 3:4 – tu mowa oczywiście o proporcjach. Szerokość to wysokość plus jeszcze jedna trzecia wysokości. To, nawiasem mówiąc, odbijało się na architekturze kin. Sale były wąskie i długie. Bodaj ostatnim przykładem takiej sali kinowej jest szczeciński Pionier, najdłużej nieprzerwanie działające kino na świecie, o czym zaświadcza wpis do Księgi Rekordów Guinnessa. Jego sala ma kształt, czy ja wiem, wagonu kolejowego. Cztery do pięciu foteli w rzędzie, za to rzędów ponad dwadzieścia. I nieduży ekran. Nie wiem, czy cokolwiek widać z ostatnich rzędów. Ale czy w ostatnich rzędach siada się dla doznań filmowych?
Wróćmy do szerokości. Gdy w latach 50. ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych gwałtownie rozwijała się i upowszechniała telewizja, kina zaczęły tracić widzów. Trzeba było coś wymyślić, by znów wyjście do kina stało się atrakcyjne. Małemu, wąskiemu ekranowi telewizyjnemu przeciwstawiono coraz szerszy i w ogóle większy ekran kinowy. A niejako przy okazji pomajstrowano przy dźwięku. Plan był taki: kino cię, drogi i drogocenny widzu, musi pochłonąć. W wielkim obrazie się rozpłyniesz, a dźwięk będzie cię otaczał! I choćbyś się wściekł, w domu tego nie doświadczysz. (Sprawdziło się – i działa do dziś).
Więc film puchł, osiągając proporcje obrazu nawet 1:2,5, czyli był dwa i pół razy szerszy niż wysoki! Przy takich proporcjach, by nie tracić ostrości, ale i dać widzom większy komfort oglądania, ekrany musiały być lekko zakrzywione, co z kolei powodowało, że faktycznie kino zaczęło otaczać odbiorców, wciągać w środek opowieści. W dodatku pojawił się dźwięk przestrzenny. Zamiast jednego głośnika pod lub za ekranem, pojawiło się ich kilka lub kilkanaście dookoła sali kinowej. Zrazu nieśmiało, potem, jak wiemy już z naszego doświadczenia, dźwięk faktycznie zaczął otaczać widzów. To oczywiście też odbiło się na architekturze, a jak – tego już chyba tłumaczyć nie muszę.
Nad tym wszystkim pracowali wynalazcy, inżynierowie, technologowie, tworząc szersze taśmy filmowe, inne kamery, projektory, systemy rejestracji i odtwarzania dźwięku, a filmowcy szybko podłapywali nowinki i korzystali z nich bez oporów. Nastał czas wielkich, naprawdę wielkich filmowych fresków.
Nawet jeśli ktoś nie widział tych filmów, to pewnie słychał o nich słyszał: „Ben Hur” Williama Wylera z 1959 roku, „Kleopatra” Josepha L. Mankiewicza z 1963 roku, „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” Anthonyego Manna z 1964 roku. Ale nie tylko widowiska antyczne się pojawiły, także na przykład musicale jak „West Side Story” Roberta Wise'a z 1961 roku, filmy wojenne jak „Patton” Franklina J. Schaffnera z 1970 roku, biografie jak „Lawrence z Arabii” Davida Leana z 1962 roku itd. Powstawały głównie w Stanach Zjednoczonych, ale także – a jakże! – w Związku Radzieckim. Tylko kto jeszcze pamięta o „Wojnie i pokoju” Siergieja Bondarczuka z 1967 roku? Te dzieła miały po prostu oszołomić rozmachem; te dzieła są nie tylko szerokie, ale i długie – najczęściej trwają około trzech godzin, a bywa, że pięć. A dzieło Bondarczuka trwa ponad osiem.
I w ten właśnie nurt wpisuje się nasz „Doktor Żywago”. Monstrualna produkcja, międzynarodowa obsada, takiż sztab, proporcje obrazu 1:2,35, blisko dwieście minut projekcji. Jedenaście milionów dolarów budżetu i ósme miejsce na liście kasowych sukcesów wszech czasów (po uwzględnieniu inflacji, oczywiście). To się nazywa hit!
W rolach głównych: Egipcjanin Omar Shariff, Brytyjczycy Julie Christie i Alec Guinness, Amerykanie Geraldine Chaplin i Rod Steiger, Niemcy Klaus Kinsky i Gerard Tichy. W sztabie: producent Włoch Carlo Ponti, scenariusz Brytyjczyk Robert Bolt według powieści Rosjanina Borysa Pasternaka, reżyseria Brytyjczyk David Lean, zdjęcia Brytyjczycy Nicolas Roeg i Freddie Young, muzyka Francuz Maurice Jarre itd. Tak to się kiedyś pracował na wielki sukces. Dla kronikarskiego porządku dodajmy, że film poza innymi nagrodami zdobył pięć statuetek Amerykańskiej Akademii Filmowej: za scenariusz, zdjęcia, scenografię, kostiumy i muzykę. Był też nominowany za: film, reżyserię, drugoplanową rolę męską, montaż i dźwięk.
Oczywiście film nie mógł być kręcony w Moskwie i w ogóle w Związku Radzieckim. Większość scen (w tym zimowe!) powstało w Hiszpanii, część w Finlandii i Kanadzie. Śnieg bywa podrabiany, choć skrzypi jak prawdziwy. Moskwa powstała pod Madrytem. Nie pierwszy raz się okazuje, że kino to sztuka oszustwa. Jakże pięknego oszustwa!
Można by tu snuć opowieści analityczne, interpretacyjne, ale, jak mi się wydaje, zupełnie nie o to chodzi w tego typu dziełach. Jak już wspomniałem, ono ma przykuć do fotela i ekranu, wciągnąć, a wręcz porwać w historię, wzruszyć, przestraszyć i znów wzruszyć, spowodować oderwanie widza od zgrzebnej rzeczywistości na te przynajmniej trzy godziny. Tak to miało i ma działać. Czy działa?
Dodajmy jeszcze tylko, że w ojczyźnie Borysa Pasternaka – już Rosji! – film pokazano po raz pierwszy w 1994 roku, a w 2006 roku powstała jak dotąd jedyna rosyjska ekranizacja powieści – serial telewizyjny z Olegiem Mieńszykowem i Czułpan Chamatową w rolach głównych.
Wielkich fresków już się raczej nie kręci, ale osiągnięcia technologiczne sprzed ponad pół wieku wciąż działają. Dzisiaj to filmy o proporcjach obrazu 3:4 są czymś wyjątkowym i od razu zwracają na siebie uwagę jak „Ida” i „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego czy „Syn Szawła” László Nemesa. O dźwięku mono już dawno zapomnieliśmy. Po latach to telewizja zaczęła gonić kino. I niewykluczone, że przegania, jeśli wziąć pod uwagę jakość, wielość i popularność znakomitych seriali. Ja jednak wierzę, że nic nie zastąpi emocji zbiorowego oglądania filmu na wielkim ekranie w ciemnej sali kinowej. Zaprawdę nic.
Nastały długie zimowe wieczory, w dodatku przed nami sezon świąteczny. Tego nam wszystkim trzeba – wielkich (w różnym tego słowa rozumieniu) dzieł filmowych. Choćby w domowym zaciszu. Nadmienię, że można bez większej straty oglądać ten film na raty.
(Rym zupełnie przypadkowy).
Audiodeskrypcja: Szymon Cempura, Konsultacje: Mariusz Kowalski czyta: Szymon Cempura
Zapraszam Państwa na spotkanie z „Doktorem Żywago” i pozdrawiam serdecznie,
Maciej Gil
Proponowane zagadnienia do dyskusji:
- jeśli ktoś przypadkiem czytał powieść – refleksje porównawcze mile widziane;
- literackie i filmowe portrety ludzi uwikłanych w historię;
- powikłane dzieje dzieł literackich i filmowych, o ich autorach nie wspominając;
- najbardziej chwytające za serce opowieści melodramatyczne;
- z innej beczki: moje pierwsze wspomnienia związane z kinem...
- z innej beczki: o przewadze kina nad telewizją (lub odwrotnie)...


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 16 gru 2018, o 20:38 


Góra
  
 
PostNapisane: 26 gru 2018, o 18:59 
Offline

Dołączył(a): 13 sty 2013, o 21:50
Posty: 147
Sądząc po kolorach, nie dziwię się, że Cenzorzy z ZSRR nie mogli znieść tego obrazu, zamiast „raju dla robotników” zobaczyli prawdę – czyli „piekło dla robotników. Czerwona gwiazda na tle nieba błyszczy barwą krwi, bo koparek brakło… po ulicach jadą czarne wołgi, których wszystkie dzieci się ich bały, a ja odnoszę wrażenie, że w Klubie Konesera lubimy rosyjskie kino. Jednak to tylko drobiazg „Nie bójcie się towarzyszko, dzisiaj jeszcze nikogo nie zabiliśmy”. I nie ważne, że jeden ojciec to Kowalski, grunt, że córka to będzie „człowiek radziecki”. Polityczne hasła na sztandarach nie przyniosły „braterstwa i wolności”, a jednie tylko śmierć.

Pozwolę sobie stwierdzić, że w Klubie Konesera lubimy rosyjskie kino lub filmy opowiadające o Rosji. Ja proponuję dla odmiany japońskie anime, o ile kiedykolwiek będzie to możliwe. Tak dla odmiany… filmowej rzecz jasna, Justa.

Film jako film kostiumowy bardzo mi się podobał, ale po prostu czuje przesyt fabułami z kraju, kojarzącego mi się jak nie z Bolszewikami to z Cerkwią lub z dużą ilością alkoholu. nie będę porównywać Carskiej Rosji DO Titanica... ale nasuwa mi się taka myśl, że tutaj gdyby nie bunt marynarzy to statek nadal pływałby sobie po oceanach.

Tyle ode mnie, Justa


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 gru 2018, o 14:06 
Offline

Dołączył(a): 14 sty 2013, o 21:02
Posty: 81
Dzień dobry Panie Macieju,
dziękuję za wprowadzenie, przeczytałam dwa razy, bo tak bardzo mi się podobało!
Film piękny, ciekawy, nieco staroświecki, ale to akurat jego zaleta. Pierwszy raz widziałam go jakieś ćwierć wieku temu i moje wzrokowe wrażenia były nieco odmienne od dzisiejszych. Wówczas zauroczyły mnie krajobrazy i przystojny Omar, a teraz baczniej śledziłam dialogi i muzykę. Ten urokliwy temat przewodni w pełni zasłużył na Oskara uśmiech
Wracając do dialogów. Takie dwie kwestie zapadły mi w pamięć. Pierwsza: Czy ten Lenin będzie teraz carem? I druga: Najpierw czerwoni, potem biali, a później znów czerwoni.
Cóż, te kwestie to taka historia Rosji w wersji mini. Niełatwo żyć narodowi w tym kraju, oj niełatwo…
Audiodeskrypcja bardzo przyzwoita, dobrze przeczytana. Mogłabym skrytykować kilka językowych niejasności albo niepoprawności, ale po co? W tak gęstym i długim filmie jakieś drobiazgi są nieistotne, bo sens był uchwycony, a obrazy czytelnie i wyczerpująco przedstawione. Brawo!
Przy tej okazji chcę jeszcze zwrócić uwagę na sposób ukazywania miłości w tym filmie. Bohaterowie przytulają się, patrzą sobie w oczy, a potem pojawia się dziecko. Urocze! Można bez epatowania nagością, seksem i detalami fizjologii! O stare kino, jakieś ty subtelne uśmiech
Na zakończenie życzę Państwu i sobie dobrych kinowych wrażeń w 2019 roku i pozdrawiam serdecznie
Edyta G.
Post scriptum
Czy Nicolas Roeg to ten sam, który zrobił film „Człowiek, który spadł na ziemię” z Davidem B.?


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 gru 2018, o 15:51 
Offline

Dołączył(a): 25 wrz 2013, o 09:09
Posty: 247
Dzień Dobry Forum

Dzień Dobry Maćku

Interesujące to spotkanie z historią kina. Spotkanie, które pozwala poczuć rozwój scenopisarstwa, montażu czy zastosowania muzycznego tła, komentarza. Aktorstwo w filmie Pana Davida Lean przypomina mi to, które znam z desek sceny teatralnej. Ten rodzaj emocji, które daje więcej czasu odbiorcy na przezywanie. To takie kino, które jeszcze nie ma wyliczonego czasu trwania. I oczywiście czułem się jak w muzeum. Muzeum, które pozwala docenić osiągnięcia X muzy.
Dziękuje za wybór filmu i wprowadzenie.

Pozdrawiam, udanego skoku do Nowego 2019 Roku!
Mariusz Kowalski


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 gru 2018, o 22:27 
Offline

Dołączył(a): 9 kwi 2016, o 19:57
Posty: 19
Dobry wieczór!
Cieszę się z mojej bytności na Festiwalu, gdyż zupełnie inaczej wygląda teraz moja korespondencja z osobami, które poznałam w Płocku. Szczególnie serdecznie witam Pana Maćka, dziękując za wprowadzenie do filmu. Ja również przeczytałam je dwukrotnie, a być może wrócę jeszcze do niego:-)
O wciąż żywym zainteresowaniu dziełem Pasternaka niech świadczy fakt, że w ubiegłym roku musical "Doktor Żywago" znalazł się w repertuarze Opery Podlaskiej i cieszy się dobrą krytyką.
Chciałabym się podzielić nie refleksjami na temat filmu, ale moich pierwszych przygód kinowych. Dzwoniłam nawet do mamy,aby się upewnić, czy moje wspomnienia nie są wytworem mojej wyobraźni:-)
Otóż, było to pod koniec lat 60-tych.Nie uczęszczałam jeszcze do szkoły, ale rodzice zabrali mnie wraz ze wszystkimi uczniami na seans filmowy zaserwowany społeczności prowincjonalnej przez kino obwoźne. Całą niemałą gromadą wędrowaliśmy około 2 kilometrów.
Sala była wypełniona po brzegi, oprócz uczniów , zgromadzili się w niej chyba +wszyscy mieszkańcy zdolni do poruszania się:-)Pamiętam czołówkę, odliczanie i terkot projektora przez cały czas trwania filmu. A tym moim pierwszym filmem byli..."Krzyżacy". Oczywiście śniłam o Zbyszku z Bogdańca, ale w następnym miesiącu wyświetlano "Winnetou", więc sami rozumiecie...:-)
I jeszcze jedno, mam wrażenie, że wszyscy wtedy palili... każdy mężczyzna wchodzący do sali, rzucał pod nogi peta i przydeptywał... Po wyjściu widziałam całą masę niedopałków wprost przed wejściem. Nie pamiętam jednak palących kobiet...
A dziś, w miejscowości, w której mieszkam obecnie, kino zostało zamknięte w 2011 roku i...raz na dwa miesiące przyjeżdża kimo obwoźne...:-)
Dziękuję, pozdrawiam, dobrego, nie tylko filmowego, roku życzę.
Dorota


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 gru 2018, o 00:10 
Offline

Dołączył(a): 13 paź 2016, o 13:24
Posty: 24
Witam
Dziękuje za interesujące wprowadzenie, które zmotywowało mnie do sięgnięcia po ten film. W "Doktor Żywago" brakowało mi klimatu kina rosyjskiego oraz samej Rosji. Jednak mimo pewnych wad i wieku, film potrafił utrzymać moją uwagę. Dlatego zastanawiam się czy ja przypadkiem za bardzo się nie zestarzałem, że oglądam takie filmy :) Tak poważnie dziękuje za film do którego pewnie sam bym nie zaglądną.
Z okazji Nowego roku przesyłam wszystkim najlepsze życzenia
Pozdrawiam Stanley.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 10 sty 2019, o 11:27 
Offline

Dołączył(a): 14 wrz 2016, o 07:16
Posty: 11
Miłe Klubowiczki i mili Klubowicze!

Dziękuję za wszystkie przesłane opinie. Czas okołoświąteczny nie sprzyjał czytaniu na bieżąco, stąd znów spóźniam się z podsumowaniem.

Film, mam wrażenie, przypadł Wam do gustu, choć żeby jakoś głębiej weń wnikać, to już chyba nie niewiele osób miało ochotę. Tak, pozostanę na stanowisku, że to przede wszystkim miała być porywająca opowieść, za którą stoi niebanalny kontekst autora oraz miejsca i czasów, w których przyszło mu żyć i tworzyć. I po to mamy Klub Konesera, by ten kontekst przynajmniej zasygnalizować, a potem delektować się dziełem.

À propos czasów, a przede wszystkim miejsca... Oj, dostało się programerom Klubu Konesera, że coś za dużo tej Rosji w repertuarze. Nie jest moim zadaniem obrona tego czy innego wyboru czy tytułu, zresztą bronią się, moim zdaniem, same, ale hej!, Rosja to wielki kraj, wielka kultura – albo raczej wiele kultur, nieskończenie pogmatwana historia, stężenie artystów w społeczeństwie, jeśli mogę użyć takiego określenia, chyba przewyższające średnią światową, słowem – tam jest z czego wybierać. No i jednak nie zapominajmy, że „Doktor Żywago”, którego obejrzeliśmy, z Rosją ma wspólny tylko i aż pierwowzór literacki, a cała koncepcja, produkcja, ekipa i obsada to produkt zachodni, na wskroś zachodni. I to się w tym filmie bardzo czuje, na co zresztą zwróciliście uwagę. Brakowało klimatu. My to wiemy, ale widz, dajmy na to, amerykański, albo nawet angielski? No, wyłapane przez Wasze uszy dźwięki bałałajki to Wschód jak się patrzy, albo raczej słucha, nie dziwię się, że co najmniej dwie osoby z sympatią o tym instrumencie wspomniały.

Cieszę się, że parę osób zapragnęło sięgnąć po literacki oryginał po obejrzeniu filmu, bo to też świadczy o jego wadze. Niektórzy sięgali do zakamarków pamięci, by wrażenia z lektury niegdysiejszej odświeżyć sobie.

Z tytułów książek i filmów, nie tylko rosysjkich zresztą, które wspomnieliście, można ułożyć zaprawdę zacną listę lektur dla nieobojętnych na kulturę i sztukę światową. Bo kogóż tu nie było! „Ben Hur” Williama Wylera, Bułhakow, Dostojewski, Eastwood, „Love Story” Ericha Segala i Arthura Hillera, „Krzyżacy” Aleksandra Forda, Pawlikowski, Polański, „Przeminęło z wiatrem” Victora Fleminga, Rybakow, Tołstoj, „Trzęsienie ziemi” Marka Robsona...

Po raz pierwszy w naszym Klubie Konesera pojawiła się opinia wierszem! Oto kolejne potwierdzenie mojej tezy, że kiedy już nic cię nie zaskakuje w życiu, marazm i marność się panoszą, wystarczy spotkać się, choćby wirtualnie, z członkiniami i członkami IKFON „Pociąg” – zawsze wymyślą coś takiego, że głowa mała! I od razu świat staje się lepszym miejscem do życia.

Rad jestem, że coś mnie podkusiło i dodałem te dwa zagadnienia „z innej beczki” o Wasze kinowe i telewizyjne wspomnienia. Ach, jakież piękne opowieści! Ileż w nich sentymentu! Z kinem, tym z dawnych czasów, a zwłaszcza tym z dzieciństwa i młodości jest tak, że każdy ma niezatarte, pozytywne wspomnienia. Obawiam się jednak, że to nie dotyczy już młodego pokolenia, ale to już zupełnie inna bajka. No, dobrze, przyznam się, co mnie podkusiło. Zbieram sobie takie opowieści. Jestem samozwańczym kolekcjonerem filmowych wspomnień. Zapisuję je sobie w głowie, tworząc taką panoramę kinowej Polski. Więc dziękuję za kilka cegiełek do tej budowli.

I serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia, jakie do opinii o filmie dołączyliście! To niezwykle miłe. Ja Wam wszystkim życzę spokojnego roku z wyczuwalną nutą radości i satysfakcji! I pięknych, mądrych filmów – i takichż dyskusji!

Do wprost wyrażonych propozycji programowych dla Klubu Konesera niniejszym dołączył „Ben Hur”. Uważam, że to jest całkiem dobry pomysł. Oczywiście mam na myśli tego z 1959 roku w reżyserii Williama Wylera, nie ten odgrzewany kotlet z 2016, nie wspominając o czterech innych, mniej znanych ekranizacjach powieści Lewisa Wallace'a. Tylko uwaga! Film trwa trzy i pół godziny. Ale co to dla Was, prawda?

Dziękuję za „wspólny” seans i jak zwykle ciekawą dyskusję!

Kłaniam się,
Maciej Gil

PS Na finał tradycyjny wybór trzech najsmaczniejszych cytatów. Moim zdaniem, rzecz jasna.
"Film piękny, ciekawy, nieco staroświecki, ale to akurat jego zaleta. Pierwszy raz widziałam go jakieś ćwierć wieku temu i moje wzrokowe wrażenia były nieco odmienne od dzisiejszych. Wówczas zauroczyły mnie krajobrazy i przystojny Omar, a teraz baczniej śledziłam dialogi i muzykę". (Edyta G.)
"Było to pod koniec lat sześćdziesiątych. Nie uczęszczałam jeszcze do szkoły, ale rodzice zabrali mnie wraz ze wszystkimi uczniami na seans filmowy zaserwowany społeczności prowincjonalnej przez kino obwoźne. Całą niemałą gromadą wędrowaliśmy około dwu kilometrów. Sala była wypełniona po brzegi, bo oprócz uczniów zgromadzili się w niej chyba wszyscy mieszkańcy zdolni do poruszania się. Pamiętam czołówkę, odliczanie i terkot projektora przez cały czas trwania filmu. A tym moim pierwszym filmem byli... "Krzyżacy". Oczywiście śniłam o Zbyszku z Bogdańca, ale w następnym miesiącu wyświetlano "Winnetou", więc sami rozumiecie...". (Dorota)
"Moja przygoda z filmem zaczęła się od projekcji filmu Arthura Hillera pod tytułem "Love Story". Poszedłem do kina w asyście koleżanki mojej siostry. Siostra miała ważny sprawdzian i prosiła bym ją zastąpił. Dobrze to zapamiętałem, ponieważ nie tylko w kinie Ewa towarzyszyła mi przez kolejne siedem lat. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że aktorzy mówili w języku angielskim, a ja nie mogłem przeczytać z ekranu polskiego tłumaczenia. Co prawda scenariusz filmu powstał na podstawie opowiadania Ericha Segala, ale książka dotarła do mnie wiele lat później". (Ireneusz Kaczmarczyk)
PSS Pani Edyto G., tak, to ten sam Nicolas Roeg, dopiero co zmarły brytyjski reżyser i autor zdjęć.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 10 sty 2019, o 11:27 


Góra
  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 7 ] 

Strefa czasowa: UTC


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
cron
To forum działa w systemie phorum.pl
Masz pomysł na forum? Załóż forum za darmo!
Forum narusza regulamin? Powiadom nas o tym!
Powered by Active24, phpBB © phpBB Group
Tłumaczenie phpBB3.PL