Internetowy Klub Filmowy Osób Niewidomych

ikfon.defacto.org.pl
Teraz jest 21 paź 2020, o 07:30

Strefa czasowa: UTC




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 7 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: 11 paź 2020, o 11:36 
Offline

Dołączył(a): 8 sty 2013, o 20:22
Posty: 199
Szanowni Państwo,

Witam Was na kolejnym spotkaniu Internetowego Klubu Filmowego Osób Niewidomych „Pociąg”, zapraszając Państwa na film „Gran Torino” w reżyserii Clinta Eastwooda z 2008 roku i dyskusję po filmie. Zanim jednak to nastąpi to...

Słów kilka o twórcy

Myślę, że większość z Państwa, słysząc nazwisko reżysera od razu ma w głowie jakąś postać, w którą 90-letni już aktor się wcieli. Część z Państwa wspomni go jako rewolwerowca ze spaghetti-westernu „Za garść dolarów” z 1964 roku i pozostałych częściach tzw. „dolarowej trylogii” Sergia Leone, czyli „Za kilka dolarów więcej” z 1965 oraz „Dobry, zły i brzydki” z1966. To wtedy wykreował postać małomównego twardziela o twarzy niemal całkowicie pozbawionej emocji. Włoski reżyser zwykł mawiać, że Eastwood ma tylko dwie miny: „tę w kapeluszu i bez”.
Dla części pozostanie on na zawsze inspektorem Harrym Callahanem z filmu „Brudny Harry” (1971) i jego czterech kontynuacjach: „Siły magnum” z 1973, „Strażnika prawa” z 1976, „Nagłego zderzenia” z 1983 oraz „Puli śmierci” z 1988. Ta postać dała mu status ikony świata filmu.

Ale Eastwood to też świetny reżyser, nie koniecznie filmów sensacyjnych. Jego „Bird” z 1988 opowiada o życiu saksofonisty jazzowego Charliego Parkera. Warto tu dodać, że dzięki fascynacji jazzem i Parkerem nastoletni Clint zaczął publicznie grać na pianinie. Za reżyserię „Birda” Eastwood otrzymał Złoty Glob. Film zdobył również Oscara w kategorii najlepszy dźwięk.
Kwestią czasu było zatem, że Eastwood zacznie komponować muzykę do swoich filmów. Na początku lat 90. dwudziestego wieku, wraz z kompozytorem Lennie Niehausem, stworzył temat muzyczny do historii emerytowanego rewolwerowca, który podejmuje się zlecenia zabójstwa sprawców okaleczenia prostytutki. Chodzi o „Bez przebaczenia” z 1992 roku, który rok później zdobył Oscara w aż czterech kategoriach: najlepszy film, najlepszy reżyser, najlepszy montaż oraz najlepszy aktor drugoplanowy (Gene Hackman). Oczywiście reżyserując swoje filmy Eastwood nigdy nie odmawia sobie przyjemności grania w nich. Tak było w „Bez przebaczenia”, tak też było „Co się wydarzyło w Madison County" z 1995 - uznawanego za jeden z najlepszych amerykańskich melodramatów wszech czasów, w którym stworzył piękny duet z Meryl Streep. Podobnie było z filmem „Za wszelką cenę” z 2004 roku, który ponownie przyniósł uznanie Amerykańskiej Akademii Filmowej. Opowieść, o granej przez Hilary Swank, trzydziestoletniej Maggie Fitzgerald, która pragnie osiągnąć sukces w boksie i prosi o pomoc słynnego trenera Frankiego Dunna (Clint Eastwood), również nagrodzono 4 Oscarami. Film zdobył statuetki w kategoriach: najlepszy film, aktorka pierwszoplanowa, aktor drugoplanowy – Morgan Freeman oraz najlepszy reżyser. Ciekawym nurtem w twórczości Eastwooda jest kino patriotyczne lub polityczne. W latach 80. dwudziestego wieku, był – jak mówi Michał Oleszczyk - absolutnym wcieleniem kina reaganowskiego. Wystarczy sięgnąć po jego „Firefoxa” (1982) lub „Wzgórze Rozdartych Serc” (1986). Do niedawna mocno popierał Donalda Trumpa, choć trzeba przyznać, że ostatnio zaczął odcinać się od jego poglądów. Jednak to temat na inną opowieść.

Myślę, że wymienianie wszystkich tytułów, w których amerykański filmowiec wystąpił lub które wyreżyserował, wyprodukował czy udźwiękowił nie ma sensu. W końcu od czasu jego pierwszych epizodycznych ról w „Zemście potwora” czy „Tarantuli” minęło już… 65 lat. Poprzestanę na stwierdzeniu, że przez te wszystkie lata artysta często zmieniał swój filmowy wizerunek oraz gatunki filmowe. Wiadomo, że nie każdy jego film wzbija się na wyżyny sztuki, ale w przypadku każdego możemy mieć pewność, że robota została wykonana dobrze. Jest on po prostu świetnym rzemieślnikiem, „hollywoodzkim fachurą”, który sprawnie realizuje się w kinie gatunkowych, ale potrafi też tworzyć kino refleksyjne i krytyczne, również wobec jego wcześniejszych ról.



O filmie „Gran Torino”

Tutaj płynnie możemy przejść do dramatu z 2008 roku, zawierającego zarówno wątki sensacyjne, jak i komediowe, a zatytułowanego „Gran Torino.” To jeden z najbardziej kasowych filmów Eastwooda, który w premierowy weekend w Stanach Zjednoczonych zarobił 29,5 miliona dolarów, żeby następnie przebić kwotę 269 milionów dolarów na całym świecie. W 2010 roku film zdobył francuskiego Cezara i nagrodę Stowarzyszenia Krytyków Filmowych z Tokio dla najlepszego filmu zagranicznego. Sukces kasowy i szacunek krytyków w jednym. Dlaczego?

Wydaje się, że dobiegający 90-tki twórca umiejętnie połączył nim kilka elementów ze swojej wcześniejszej twórczości. Są w nim wątki obyczajowe, elementy sensacji, a nawet westernu oraz refleksji nad światem i człowiek. Dlatego film może się podobać zarówno fanom spaghetti-westernów i cyklu o Brudnym Harrym, jak i fanom takich tytułów jak „Co się wydarzyło Madison County”, „Bird” czy „Za wszelką cenę”.

Bohaterem filmu jest Walt vel Walter Kowalski - burkliwy i oschły dla bliskich, weteran wojny w Korei. Poznajemy go podczas pogrzebu żony. Stoi naf jej trumną, obserwując gromadzącą się w kościele rodzinę. Walt nie jest smutny. Walt jest wściekły. Częściowo zapewne na żonę, która zmarła, zostawiając go na tym świecie samego. Choć przecież, rodzina jest dosyć liczna: dwóch synów, ich żony oraz wnuczęta. Ale Walt patrzy na nich z wyrzutem. Wnuczek na pogrzeb babci przyszedł w sportowej bluzie Detroit Lions. Wnuczka ma na sobie kusą koszulkę odsłaniającą pępek z kolczykiem. Stary mężczyzna ma minę jak pies stojący na krótkim łańcuchu.
- Czegokolwiek byśmy nie zrobili i tak go rozczarujemy- mówi jeden z synów. - Żyje w latach pięćdziesiątych - dorzuca drugi. Na konsolacji jest już tylko gorzej. Walt „odszczekuje się” najbliższym. - Przyszło sporo ludzi – zagaja jeden z synów. - Dowiedzieli się, że będzie szynka – „warczy” stary Kowalski. Przez pierwsze kilkanaście minut bohater uraczy Państwa jeszcze kilkoma zgryźliwymi uwagi skierowanymi również do sąsiadów, „pieprzonych barbarzyńców”. Tu warto dodać, że sąsiedzi są Azjatami a dokładniej, pochodzącymi z Laosu imigrantami, z grupy etnicznej zwanej Hmong (czytaj: mong), o który słów kilka na końcu.

Mam wrażenie, że Eastwood-reżyser i Eeastwood-aktor, bo Walta Kowalskiego gra oczywiście sam Clint, robią wszystko żebyśmy głównego bohatera nie darzyli sympatią. Powiedzieć o nim szorstki, małomówny i nieprzenikniony to mało. Choć Walt bywa duszą towarzystwa, gdy spotyka kolegów, których raczy swoimi rasistowskimi i ksenofobicznymi żartami. Daleko mu do zgryźliwego tetryka, gdy trzyma strzelbę w dłoni wycelowaną w człowieka. Wówczas, mimo siwych włosów i przeoranej zmarszczkami twarzy Walt potrafi wywołać strach wśród kilku rosłych i uzbrojonych chłopaków z lokalnego gangu. Jedyne dobre słowo, jakie pada po 25 minutach filmowej opowieści z ust amerykańskiego weterana, polskiego pochodzenia, to: „Piękny, co!?” O czym mowa? O tytułowym Fordzie Gran Torino. Walt kieruje to pytanie do swojego psa – Dasy. Człowiek- paradoks.

I nawet jeśli troszkę go „rozumiemy”, no bo przecież nie po to walczył za ten kraj w Wietnamie i pracował przez 50 lat w fabryce Forda, żeby na ulicach grasowały „czarne” i „żółte” gangi, no i żeby zamiast porządnych Amerykanów mieć za sąsiadów jakiś „żółtków.” Nawet jeśli, to trudno go polubić.

Aż tu pewnej nocy, szacowny emeryt jednego z „żółtków” przyłapie na próbie kradzieży swojego samochodu. A nie jest to zwykły samochód, ale tytułowy „Gran Torino” produkowany przez firmę Ford Motor Company, piękny klasyk z 1972 roku z silnikiem cobra jet, stan idealny. Jego piękno zawarte w lekko kanciastych kształtach, butelkowozielonej karoserii ze stylowym, żółtym pasem typu „laser” po bokach i charakterystyczną, niklowaną „paszczę” z przodu, wpada w oko lokalnym opryszkom. Gang wywodzi się z tej samej grupy etnicznej co syn sąsiada Theo. Jednak Theo jest inny, nieśmiały, lubi czytać książki i pomagać rodzinie. „Spider” – szef gangu chce, aby został członkiem grupy i namawia go do kradzieży. Theo cudem ucieka spod strzelby Walta. Od tego momentu w życiu Walta i jego sąsiadów nastąpi zmiana.

Kapitalnym pomysłem, wypracowanym przez Eastwooda już w „Dolarowej trylogii” Leona jest prezentacja bohatera, a raczej anty-bohatera. W „Gran Torino” do niego powraca. Choć dziś to ryzykowne. Niektórzy znawcy branży powiedzieli, że film nie znajdzie producenta, mając za głównego bohatera mężczyznę w podeszłym wieku, który używa języka sugerującego, że ma rasistowskie poglądy. - Tego nie da się sprzedać! - mówili. Dziś wiemy, że obraz na całym świecie zarobił 270 milionów dolarów (co czyni go drugim najbardziej dochodowym filmem Eastwooda do tej 2008 roku). Sam Eastwood powiedział, że miał „zabawną i pełną wyzwań rolę, choć sama historia jest dość dziwaczna.” Mimo pewnej schematyczności fabuły jest tu wiele ciekawych wątków jak np. relacja Walta z księdzem, a sam finał, którego nie mogę zdradzić, będzie dla Państwa zaskoczeniem.

Polskie konteksty i azjatyckie ścieżki

Na koniec ciekawostka dla nas, polskich widzów. Walt Kowalski jest Amerykaninem polskiego pochodzenia. To już trzecia „polska” rola Eastwooda, który zagrał też łowcę nagród Tommy’ego Novaka w „Różowym Cadillacu” i twardego gliniarza Nicka Pulovskiego w „Żółtodziobie”.
Samo nazwisko – Kowalski – w amerykańskim kinie pojawia się dość często. Mamy na przykład replikanta Leona Kowalskiego w filmie „Blade Runner.” Co ciekawe, jeśli w amerykańskim filmie pojawia się jakiś oddział mundurowy (policja, wojsko, straż), to często jeden z oddziału nazywa się Kowalski. Pamiętają Państwo zabawną animację pt. „Pingwiny z Madagaskaru”? Mamy tam waleczny oddział nielotów, a wśród nich zwiadowcę ryzykanta, który zawsze się zgłasza na ochotnika i przeważnie lepiej od dowódcy wie też, gdzie oddział aktualnie przebywa… i słynne „Kowalski! Opcje!?” W serialu „Na południe” opowiadającym o przygodach konstabla Frasera z kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej, w jednym z odcinków pojawia się detektyw Stanley Kowalski (Callum Keith Rennie), który ratuje skórę głównemu bohaterowi. Dowiadujemy się, że imię nadał mu ojciec, fan Marlona Brando. Bo„ojcem” wszystkich amerykańskich Kowalskich jest Stanley – polski imigrant ze sztuki Tennesse Williamsa „Tramwaj zwany pożądaniem”. W kinowej adaptacji Elii Kazana grał go właśnie młodziutki Marlon Brando. Można przyjąć, że grany przez Eastwooda Walt - były robotnik i weteran z wojny koreańskiej - to jakby ta sama postać, tylko na emeryturze…

Na koniec jeszcze garść informacji o ludzie Hmong lub Mong, którzy są sąsiadami Walta Kowalskiego. To azjatycka grupa etniczna, szczególnie liczna w Chinach, ale i w krajach Azji Południowo-Wschodniej (w Wietnamie, Laosie, Tajlandii i Birmie). Od 2007 roku jest członkiem Organizacji Narodów i Ludów Niereprezentowanych, której członkami są rdzenne społeczności i mniejszości narodowe niemające swego przedstawicielstwa w ciałach takich jak ONZ.

Skąd zatem Hmongowie w USA? Otóż w latach 1946–1954 oraz 1955-1975, podczas pierwszej i drugiej wojny indochińskiej, Francja i amerykańska CIA (Centralna Agencja Wywiadowcza USA) zwerbowały tysiące Hmongów z Laosu do walki z siłami z północnego i południowego Wietnamu oraz komunistycznymi rebeliantami. Tak powstała Tajna Armia, subsydiowana przez CIA. Szacuje się, że wstąpiło do niej sześćdziesiąt procent mężczyzn Hmong z Laosu. Gdy w 1975 roku komuniści z Pathet Lao, czyli latoańskiego Wietkongu, przejęli władzę, a Amerykanie wycofali swoje wojska, Hmongowie poddani zostali surowym represjom.

W konsekwencji, po 1975 roku ponad połowa ludności Hmong z Laosu zmuszona była opuścić kraj. Około 90 proc. osób, które trafiły do obozów dla uchodźców w Tajlandii, zostało ostatecznie przesiedlonych do Stanów Zjednoczonych. Wielu zostało uznanych za weteranów wojny wietnamskiej. Reszta, trafiła do takich krajów, jak Kanada, Francja, Holandia i Australia. Według spisu ludności z 2010 roku liczba ludności Hmong w USA wynosiła 260 000.

Zaprasza na film i rozmowę po nim. Najbardziej czekam na Państwa wrażenia, opinię i wnioski do rozmowy. Mnie na początek nasuwają się takie:

- Jak Państwo sądzą, czym motywowana jest postawa Walta Kowalskiego? Dlaczego jest taki jaki jest?
- Czy daje nam powody, aby go lubić?
- W jednym z filmów braci Cohen jest rasistowski żart ośmieszający Polaków. W filmie Eastwooda to Polak – Kowalski opowiada rasistowskie żarty. Jak – Państwa zdaniem – pozostaje wizerunek Polaka po tym filmie? Czy mamy powody do obrażenia się czy do dumy? I czy jest to nam potrzebne?
- Czym była wiara dla żony Waltera? A czym jest dla niego?
- Co nam mówi ostatnia scena o Walterze?
Ale czekam też na Państwa sugestie.
Zapraszam do dyskusji w dniach od 12.10.2020 do 25.10.2020 drogą e-mailową: klubkonesera@defacto.org.pl oraz na forum www.ikfon.defacto.org.pl

Pozdrawiam
Radek Łabarzewski


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 11 paź 2020, o 11:36 


Góra
  
 
PostNapisane: 14 paź 2020, o 07:33 
Offline

Dołączył(a): 12 cze 2013, o 13:01
Posty: 13
Dzień dobry.
Dla mnie „Gran Torino” to przede wszystkim opowieść o przyjaźni.
Przyjaźni, wydawałoby się z pozoru, niemożliwej, rodzącej się powoli między starszym, samotnym mężczyzną, a młodym chłopakiem.
Myślę, że nieprzypadkowo los postawił ich sobie na drodze. Młodszy, nieśmiały Teo, wychowujący się wśród samych kobiet, potrzebował męskiego wzorca, nauczyciela, ojca, który pomógłby mu wkroczyć w dorosłe życie. Starszy natomiast czuł się samotny i opuszczony, nikomu niepotrzebny, zwłaszcza rodzinie, która pragnęła jedynie majątku głównego bohatera. Tymczasem Walt Kowalski obdarzył Teo zaufaniem i przyjaźnią, czego dowodem było przekazanie mu bezcennego, tytułowego Grantorino. Przyznaję, że nie byłam
Zaskoczona gestem Walta. Początkowo nie wzbudził on mojej sympatii: zgorzkniały, pełen uprzedzeń, nieczuły, wymagający. Jednak wraz z rozwinięciem akcji filmu zaczęłam zmieniać zdanie na temat głównego bohatera. Okazało się bowiem, że to człowiek wrażliwy i mądry.
Podsumowując, film ciekawy, skłaniający do przemyśleń i refleksji, zasługuje na to, żeby go obejrzeć.

PS.
Nadal oczekuję na zwrot filmu „Green book”.

Pozdrawiam i życzę miłego dnia. Aneta.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 14 paź 2020, o 20:02 
Offline

Dołączył(a): 30 maja 2016, o 04:46
Posty: 44
[quote="wrzos33"]Dzień dobry.
Dla mnie „Gran Torino” to przede wszystkim opowieść o przyjaźni.[/quote]

Dobry wieczór,
bardzo dziękuję za Pani opinię. Mnie zastanawia trochę dlaczego Walt „zrezygnował” ze swoich synów. Przyznam szczerze, że w moim odczuciu był to bolesny moment tego filmu, choćby dlatego, że sam mam synów. Próbuje to sobie wytłumaczyć i jedyne, co przychodzi mi do głowy to zespół stresu pourazowego. Walt jest weteranem wojny w Wietnamie. To, co tam przeżył, nigdy nie zostało przez niego przepracowane. Zapewne żona łagodziła skutki wojennej traumy, otaczając miłością swego męża z jednej strony, a z drugiej chroniąc dzieci przed lękami, drażliwością i koszmarami ojca. Udało jej się stworzyć „normalny” dom, ale więź emocjonalna w relacjach ojciec-synowie nie rozwinęła się właściwie. Kiedy zabrakło matki, zabrakło też łącznika. Stąd postać księdza, który znał pewnie wszystkie te historie z opowieści kobiety i obiecał jej zaopiekować się, w sensie duchowym, starym Waltem. Ta drażliwość Polaka wobec „klechy” ma nas zmylić, bo podświadomie Walt szuka pomocy i wie, że młody ksiądz może pomóc "poukładać" przynajmniej część niezałatwionych spraw.
Pojawienie się młodego Theo z kolei znów przywołuje traumę (przecież zabijał „żółtków”), ale daje też szansę na zadośćuczynienie, wzmocnione przez ostateczną ofiarę. Dlatego, mimo stosunku Waltera do kościoła, to mocno humanistyczne kino czerpiące z wartości chrześcijańskich garściami.

Pozdrawiam rł


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 15 paź 2020, o 17:47 
Offline

Dołączył(a): 14 sty 2013, o 21:02
Posty: 106
Dzień dobry,
jestem miłośniczką Clinta Eastwooda i niemal każde jego wcielenie ma w sobie to coś, co budzi sympatię i szacunek dla jego rozlicznych talentów. Mam na półce z napisem „ulubione” dwa tytuły: „Żółtodziób” i „Muły siostry Sary”. Wiem, że nie są to arcydzieła, ale mogę je oglądać co najmniej raz w roku i niezmiennie mnie bawią.
Teraz na tę półkę stawiam „Gran Torino”. Takiego Eastwooda lubię najbardziej - mrukliwego, cynicznego, ale wrażliwego. Miałam wielką przyjemność konsultować audiodeskrypcję do tego obrazu, zatem oglądałam go wielokrotnie. Wyznaję szczerze, że jego koniec za każdym razem mnie wzruszał. Szczególnie scena, w której Walt idzie do fryzjera, a także ta, kiedy kupuje garnitur.
Jest w tym filmie jeszcze ktoś, kto budzi ciepłe uczucia. To ksiądz Janovich, ciekawa postać, towarzysząca głównemu bohaterowi w niezwykły sposób. Można byłoby powiedzieć, że ksiądz odziedziczył Kowalskiego w spadku po jego żonie. Uśmiech
Dziękuję Panu za bardzo ciekawe wprowadzenie, szczególnie za tę część, w której przypomniał nam Pan bohaterów filmowych o nazwisku Kowalski.
Z pozdrowieniami
Edyta


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 17 paź 2020, o 21:46 
Offline

Dołączył(a): 30 maja 2016, o 04:46
Posty: 44
[quote="Pyzunia66"]Dzień dobry,
jestem miłośniczką Clinta Eastwooda i niemal każde jego wcielenie ma w sobie to coś, co budzi sympatię i szacunek dla jego rozlicznych talentów. Mam na półce z napisem „ulubione” dwa tytuły: „Żółtodziób” i „Muły siostry Sary”. Wiem, że nie są to arcydzieła, ale mogę je oglądać co najmniej raz w roku i niezmiennie mnie bawią.[/quote]

Pani Edyto, dziękuję za ciepłe słowa i Pani relację. Ja również lubię tę postać, bo – jak napisałem wcześniej – skupia wszystkie cechy ról poprzednich, wrażliwego twardziela a jednocześnie czyni głównym bohaterem mężczyznę dojrzałego, żeby nie rzec starszego. Podtrzymuje również opinię, że nie każdy film musi być ARCYDZIEŁEM, wystarczy, że jest dobrze zrobiony. Wydaje mi się, że Eastwood w tej kwestii nie zawodzi.
Lubię też takie filmowe tricki, kiedy reżyser „zniechęca” nas do bohatera, a potem gran na naszych uczuciach jak organista w kościele (uśmiech). Podobnie jak Pani lubię postać księdza Janovicha – człowieka o twarzy cherubina, która stara się być duchowym opiekunem nieprzejednanego starca.

pozdrawiam serdecznie
Radek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 17 paź 2020, o 22:05 
Offline

Dołączył(a): 30 maja 2016, o 04:46
Posty: 44
Dzień dobry, dobry wieczór,
A pozostali forumowicze już po seansie? Czekamy na Państwa opinie, wrażenia, zaskoczenia lub uwagi? A może jest wśród Was osoba, którą historia Walta Kowalskiego nie poniosła, której film się nie podobał? Podzielcie się z nami swoimi uwagami.
pozdrawiam
Radek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 20 paź 2020, o 13:55 
Offline

Dołączył(a): 25 wrz 2013, o 09:09
Posty: 277
Dzień Dobry

I to jest film o tym co każdy KoŁalski lubi najbardziej. O życiu, które każdy widzi, czuje jak chce a sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Czy to w kosmosie ( Grawitacja ) czy w polu za plugiem dobro nie zawsze jest sprawiedliwe. Jest natomiast swojskie. Wszak gdyby nie Pan Władysław Kowalski "Sami swoi" nie byliby tak swoi. I to piszę ja Mariusz Kowalski

A już tak na poważnie Panie Radosławie Clinta nie da się nie lubić, szanować za prostotę przekazu i dobitność wyrazu.
Każdy z jego bohaterów jest taki jaki chce być. Sierżant Highway, Philo Beddoe, Earl Stone jest szczerym do bólu egoistą, który potrafi przekuć swe słabości w sukces. Potrafi więcej dać niż zabrać acz wyceny dokonuje sam.
No i pan Clint na Ekranie gra tak jakby wiedział że ja Kowalski wierzę w niego.
Taki uniwersalny Pawlak. - uśmiech.

I to jeszcze jaki męski. Jak sąsiadki z jedzonkiem to nie, nie. Jak się posmakowało to już tak.
No i ta słabość wobec płci pięknej. Życie w kinie jest piękne.



- Jak Państwo sądzą, czym motywowana jest postawa Walta Kowalskiego? Dlaczego jest taki jaki jest?
- Czy daje nam powody, aby go lubić?

Bycie sobą, również w filmie, czyni bohatera bardziej bliskim. Oczywiście scenariusz pozwala rozumieć jego postawę. Rozczarowanie sytuacją weterana, emigranta, ojca utrata drugiej polówki czyni z niego straceńca, który potrafi nie zmarnować życia. Zwykły, niezwykły bohater.


- W jednym z filmów braci Cohen jest rasistowski żart ośmieszający Polaków. W filmie Eastwooda to Polak – Kowalski opowiada rasistowskie żarty. Jak – Państwa zdaniem – pozostaje wizerunek Polaka po tym filmie? Czy mamy powody do obrażenia się czy do dumy? I czy jest to nam potrzebne?

Kino, dobre, korzysta ze swobody jak chce. na szczęście. Ten Junior na drogach Arizony wyśmiewa raczej głupotę. Sedno w tym co kogo dotyka lub nie. Czy warto rozstrzygać kwestie fobii w dowcipach? Nie.
Żart niczego nie rozstrzyga, nie decyduje.
KoŁalski też człowiek. - uśmiech.


- Czym była wiara dla żony Waltera? A czym jest dla niego?
Wątek księdza genialnie dopełnia wizerunek Polaka na obczyźnie. I jest bardzo fajnie wyważony.
Jak się okazuje ksiądz jest potrzebny i Waltowi. Różnica tkwi w tym do czego.
Tak sobie myślę, że to nie kwestia wiary ma tu znaczenie. Pani KoŁalsk potrzebowała rozmówcy o innym IQ niż mąż. Kochany mąż.
Walt potrzebuje pewności przetrwania. Postać księdza Janovicha pozwala Waltowi BYĆ gdy go już nie będzie.

- Co nam mówi ostatnia scena o Walterze?
Dobry chłop z niego był.

Pozdrawiam
Wszystkiego zdrowego!
Mariusz Kowalski

PS Harry Potter też oglądał przygody Harry'ego Callahana. - uśmiech


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 20 paź 2020, o 13:55 


Góra
  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 7 ] 

Strefa czasowa: UTC


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
cron
To forum działa w systemie phorum.pl
Masz pomysł na forum? Załóż forum za darmo!
Forum narusza regulamin? Powiadom nas o tym!
Powered by Active24, phpBB © phpBB Group
Tłumaczenie phpBB3.PL