Internetowy Klub Filmowy Osób Niewidomych

ikfon.defacto.org.pl
Teraz jest 21 paź 2020, o 07:48

Strefa czasowa: UTC




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 18 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: 22 kwi 2014, o 22:24 
Offline

Dołączył(a): 8 sty 2013, o 20:22
Posty: 199
USA, Wielka Brytania, Tajwan rok produkcji 2012


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 22 kwi 2014, o 22:24 


Góra
  
 
PostNapisane: 24 kwi 2014, o 20:00 
Offline

Dołączył(a): 20 lut 2014, o 16:33
Posty: 53
„Jeśli coś może być napisane lub pomyślane, może być także sfilmowane” – powiedział, co wiedział Stanley Kubrick. I nie skłamał! Nie od dziś przecież wiadomo, że literatura to niewyczerpywalne źródło inspiracji dla różnej maści twórców. W tym także filmowców, którzy – jak wszem wobec wiadomo – nader chętnie, choć z różnym skutkiem czerpią z bogatego dorobku literackiego. Film, do obejrzenia którego gorąco Państwa zachęcam, też ma swój książkowy pierwowzór. A jak mniemam, dla niewidzących miłośników kina, literatura i film to całkiem szczęśliwe połączenie. Dzięki książce możemy „dowyobrazić” sobie to, czego z wiadomych powodów nie da się zobaczyć. A tak się ładnie składa, że „Życie Pi” jest i powieścią i ekranizacją owej powieści. Ale „Życie Pi” to także, a może przede wszystkim niezwykła historia, rozpisana na dwóch niezwykłych aktorów, która mogłaby nawet być prawdziwa, gdyby... gdyby nie była wymyślona. Owszem, prawdą jest, że pewien pisarz udał się do Indii w poszukiwaniu pomysłu na nową powieść. A i katastrofy morskie z cudem ocalałymi pasażerami też się zdarzają, więc i ta książkowo-filmowa też mogłaby się zdarzyć. Ale już krwiożerczą wyspę, zamieszkałą przez tysiące surykatek i swobodnie dryfującą po rozległym oceanie, trudno uznać za coś realnego i powszechnie spotykanego podczas morskich wojaży. No chyba, że uznać by tę wyspę za chroniczną i zaraźliwą fatamorganę. Ale nie uprzedzajmy faktów… „Życie Pi” to po trosze taka piękna baśń, w której człowiek staje oko w oko z dziką, nieokiełznaną i tajemniczą przyrodą, gdzie o szczęśliwym zakończeniu decyduje spryt, szlachetny charakter i dobre serce głównego bohatera. Po trosze „Życie Pi” to taka przypowieść, coś na kształt tych biblijnych, w których na pierwszy plan wysuwa się szczera i niezachwiana wiara w Boga – wiara, która czyni cuda, ale i bywa poddawana ciężkiej próbie. A po trosze „Życie Pi” to szalona, miejscami wręcz nieprawdopodobna przygoda z elementami surwiwalu, gdzie liczą się konkretne umiejętności i niezłomna wola życia. No nie sposób przejść obojętnie obok tej historii – niezależnie, czy opowiedzianej przez pisarza, czy reżysera.

A więc jako się rzekło, najpierw była książka. A raczej została napisana, wydana, „oplotkowana” i nawet nagrodzona. Jej autorem jest Yann Martel, Kanadyjczyk urodzony w Hiszpanii (25 VI 1963). Z wykształcenia jest filozofem, z zamiłowania – i być może trochę z przyzwyczajenia – podróżnikiem. Pisarzem został, bo tak chciał. Co prawda „Życie Pi” nie jest jego pisarskim debiutem, ale za to pierwszą i jak dotąd jedyną powieścią, która została zauważona i doceniona przez krytyków i czytelników na całym świecie. Książka ukazała się w 2001 roku. Rok później została wyróżniona nagrodą Bookera, a zaraz potem wydało się, że „Życie Pi” jest… plagiatem. No, ale ten szczegół nie ma dla nas większego znaczenia, bowiem nie wpłynął na dalsze, filmowe losy książki. A te w całej swej rozciągłości związane są z osobą pewnego Tajwańczyka: „Gdy przeczytałem książkę 10 lat temu, nie pomyślałem o tym, że ta historia może stać się filmem. Więcej, byłem przekonany, że nawet nie powinna. Pięć i pół roku później odezwali się do mnie z 20-th Century Fox i powiedzieli, że to niezwykle wartościowy materiał i bardzo chcą, abym nakręcił na jego podstawie film”. No i nakręcił!!!

…bo jako się już rzekło, powieść Yanna Martela w 2012 roku została skadrowana. I to z czterooscarowym skutkiem – za reżyserię, muzykę, zdjęcia i efekty specjalne! A sprawcą tego zamieszania jest Ang Lee, przez wielu krytyków uważany za speca od filmowej opowieści. A kim jest Ang Lee? Z pewnością jest utalentowanym i pracowitym reżyserem. Ale także scenarzystą i producentem filmowym. Urodził się (23.10.1954) i wychował na Tajwanie w rodzinie chińskich emigrantów politycznych. Za sprawą ojca odebrał klasyczne, chińskie wykształcenie łącznie z nauką kaligrafii. Jego matka – sama będąc osobą religijną – usiłowała wpływać także na życie duchowe syna. Z marnym skutkiem… W wieku 14 lat Ang zaczął eksperymentować z filozofią. Żywo też interesował się filmem i to z tą branżą wiązał swoją przyszłość. Aby temu ambitnemu i oryginalnemu zamierzeniu stało się zadość, w wieku 19 lat rozpoczął naukę w tajwańskiej National Arts School. 24-letni, w dalszym ciągu ambitny i konsekwentny Lee, wraz z żoną i dziećmi przenosi się do USA by na Tisch School of the Arts kontynuować naukę. Jako twórca znany i ceniony jest za filmy, w których z wdziękiem i znawstwem doświadczonego filmowca-filozofa łączy elementy zastygłej tradycji Wschodu i wciąż emancypującego się spod wszelkich więzów obyczajowych Zachodu. Nie boi się nowych i trudnych wyzwań, chociaż gustuje w dramacie, to nie stroni od innych gatunków filmowych. Ze swobodą człowieka obdarzonego bujną wyobraźnią i otwartego na inne kultury, swoimi filmami swobodnie przemieszcza się w czasie i przestrzeni. W kręgu jego filmowych zainteresowań zawsze jednak pozostaje – wyposażony w złożoną psychikę – sam człowiek. Swoimi filmami zaskakuje, szokuje, ale i prowokuje dyskusje na „niegrzeczne” w opinii publicznej tematy. Sam Lee mówi o sobie tak: „Jestem po prostu zachłannym filmowcem, wiele rzeczy mnie interesuje”.

W jego dorobku filmowym znajdziemy między innymi takie tytuły,:
• „Rozważna i romantyczna” (1995) – adaptacja powieści Jane Austen;
• „Przyczajony tygrys, ukryty smok” (2000);
• „Hulk” (2003;
• „Tajemnica Brokeback Mountain” (2005);
• „Ostrożnie, pożądanie” (2007);
• „Zdobyć Woodstock” (2009);

Niewątpliwie Lee jest odważnym i pomysłowym twórcą, bowiem jako jedyny spośród nagabywanych w Hollywood reżyserów podjął się przenieść na ekran powieść, która wśród filmowców uchodziła za niemożliwą do sfilmowania. Mowa oczywiście o „Życiu Pi”: „To nie jest książka przyjazna filmowcom. Szczerze przyznam, że ta adaptacja była dla mnie największym wyzwaniem w zawodowym życiu. To projekt, który przerażał mnie na każdym etapie tworzenia. Zastanawiałem się, jak pokazać wodę na ekranie, jak zachować równowagę pomiędzy filozoficznym charakterem książki, a ogromnym budżetem, którym dysponowałem”.

„Życie Pi” to film, który do widza przemawia przede wszystkim pięknymi i komputerowo spreparowanymi obrazami. Bam i bum! Dla członków IKFON to cios poniżej pasa. Ale nic to, damy radę! A więc dalej, dryfujemy w stronę planu filmowego, na którym te zapierające dech w piersiach widoki powstawały. Większość najważniejszych dla filmu scen nakręcono w Indiach i na Tajwanie. Te z nieobliczalnym oceanem też. Ale wbrew logice ocean nie kręcono na oceanie. Kręcono go na starym, tajwańskim lotnisku. A ściśle rzecz biorąc, sceny rozgrywające się na oceanie powstawały w specjalnie na ten cel zbudowanym zbiorniku o długości 70, szerokości 35 i głębokości 4 metrów, wypełnionym po brzegi wodą i umieszczonym na tle błękitnego ekranu. Ale sceny ze sztormem i zatonięciem statku to już dzieło speców od efektów specjalnych (VFX). Ocean oceanem, ale prawdziwej dramaturgii filmowi nadaje postać Richarda Parkera. Pewnie myślą Państwo, że Richarda gra potulny i łagodny jak baranek, bo dobrze wytresowany dziki kot? No nic z tych rzeczy! Richard Parker to również efekt żmudnej i wielomiesięcznej pracy specjalistów od VFX, którzy wzorując się na prawdziwych tygrysach, piksel po pikselu na monitorze komputera stworzyli cyberricharda. Tylko samo futro cyfrowego tygrysa składa się z – bagatela – 10 mln tygrysich cyberwłosków, a pracowało nad nim 15 grafików. Sceny ze znacznym udziałem Richarda kręcone oczywiście były bez Richarda. Dołączył do filmu nieco później wraz z hieną, zebrą, orangutanicą, latającymi rybami, wielorybem, rekinem, delfinami, czy wspomnianymi już surykatkami. Richard Richardem, ale i niebo w „Życiu Pi” zostało wygenerowane komputerowo. Bo niebo to nie tylko romantyczna część krajobrazu, ale również istotny dla filmowej fabuły element scenografii. Na potrzeby tego filmu utworzono ponad 110 różnorodnych podkładów przedstawiających niebo o różnych porach dnia, w różnych warunkach pogodowych, o zachodzie i wschodzie słońca, a także to najbardziej ekspresyjne, czyli podczas sztormu. No cóż, mamy XXI wiek, więc nowoczesne technologie coraz śmielej wkraczają i na plan filmowy. Albo i na odwrót – to plan filmowy krok po kroczku przenosi się do studia komputerowego. Dla „Życia Pi” pracowało cenione w branży filmowej studio Rhythm and Hues, które specjalizuje się właśnie w tworzeniu grafiki komputerowej. Za efekty specjalne „Życie Pi” oprócz Oscara, otrzymało także nagrodę BASFA oraz Annie za animację postaci w filmie aktorskim za tygrysa.

A o czym jest „Życie Pi”? Najprościej byłoby powiedzieć, że „Życie Pi” jest o życiu Pi. Ten niebywale lakoniczny wywód nie jest pozbawiony sensu. Bądź co bądź fabuła filmu opiera się na osobistych przeżyciach, przemyśleniach i wspomnieniach niejakiego Piscine Molitora Patela, każącego z ważnych powodów nazywać się po prostu Pi. Pi Patela poznajemy najpierw jako chłopca, który na łonie rodziny beztrosko spędza czas w małomiasteczkowym ogrodzie zoologicznym. To tutaj po raz pierwszy spotyka Richarda Parkera. I ani nie przeczuwa, że za niedługo Richard znacząco przyczyni się do jego ocalenia. Czy wspomniałam, że Richard Parker to tygrys bengalski?… Mały Pi jest bystrym, wrażliwym i bardzo ciekawskim chłopcem. Śmiało zagląda a to do muzułmańskiej świątyni – Meczetu, a to do Kościoła Katolickiego. Zadaje pytania, z uwagą wysłuchuje odpowiedzi i wysuwa własne wnioski. A potem następuje katastrofa. Całe to sielankowe dzieciństwo niknie w czeluściach oceanu. Na powierzchni pozostają tylko nastoletni i przerażony Pi Patel, dorodny i nieujarzmiony Richard Parker oraz niewielka, ale nieźle zaopatrzona szalupa ratunkowa. No i oczywiście Bóg. I to niebylejaki Bóg, bo – na osobisty użytek młodego Hindusa – sklecony z kilku różnych religii. A dookoła – jak okiem wykol – dużo, dużo wody. I te 227 dni – tyle trwa oceaniczna Odyseja hinduskiego nastolatka i dzikiego kota. Po tym – miejscami bajecznym, miejscami dramatycznym – okresie następuje cudowne ocalenie. Dryfująca łódź dobija do brzegu Meksyku, gdzie na zawsze rozchodzą się drogi obu wymęczonych podróżą i umęczonych swoim towarzystwem, ale przecież wciąż żywych rozbitków. Jeśli o mnie chodzi, na tym rozstaniu film mógłby się zakończyć. Byłby wtedy taki może i trochę melodramatyczny, ale jednocześnie piękny i niezapomniany finał. Ale nie, reżyser postanowił być wierny książce i pociągnął wątek dalej, czyli do szpitala, gdzie ledwo żywego Pi odwiedzają dwaj japońscy przedstawiciele armatora i usiłują wydobyć od chłopca prawdę o katastrofie statku. Ach ci nieznośni urzędnicy! Nawet w pięknych baśniach nie sposób się od nich opędzić. Czy ja napisałam, że Pi Patela poznajemy jako małego chłopca? Sorry, poznajemy go jako dorosłego mężczyznę, mieszkającego wraz z żoną i dziećmi w Kanadzie i snującego przed pewnym dociekliwym pisarzem swoją opowieść… opowieść o życiu Pi!

Ponieważ Pi Patela poznajemy na różnym etapie jego życia – od kilkuletniego chłopca po dorosłego mężczyznę – toteż zaangażowano do tej roli kilku aktorów. Nas jednak najbardziej interesuje, bo najdłużej i najintensywniej nam towarzyszy, Pi- rozbitek. W tę rolę wcielił się debiutujący na planie filmowym, urodzony w Delhi, młodziutki aktor – Suraj Sharma (21 marca 1993). Na casting przyszedł jako duchowe wsparcie swojego brata, a wyszedł jako poważna kandydatura do roli nastoletniego Pi Patela. Darowanej niespodziewanie przez los szansy nie zlekceważył. Ang Lee w jednym z wywiadów mówi o nim tak: „Miał trenera, który pomagał mu w pływaniu i radzeniu sobie z różnymi wyzwaniami. Ja sam uczyłem go bycia aktorem, zachęcałem do lekcji jogi, które miały w szybkim tempie pomóc mu wejść w rolę. Dawałem mu osobiste lekcje aktorstwa. Myślę, że najważniejsze było przygotowanie go do bycia Pi. Każdy dzień na planie to nauka – dla niego i dla nas. Kręciliśmy zdjęcia w porządku chronologicznym , więc mógł przygotowywać się do wodnego otoczenia stopniowo. Uczył się pracy z tygrysem – nawet z tym wyimaginowanym. Z czasem musiał wyglądać na uduchowionego i stracić na wadze. Myślę, że to pod pewnym względem aktorstwo w najczystszej postaci. On jest niezwykle utalentowany i potrafił udźwignąć ten ciężar. Poszczęściło nam się z tym chłopakiem”.

Suraj Sharma za rolę Pi Patela otrzymał nagrodę Saturna (najlepsza kreacja dla młodego aktora) Złoty Popcorn (najlepiej odegrana scena przerażenia) oraz był nominowany do nagrody BASFA (najlepsza nadzieja filmowa). I zdaje się, że to dopiero początek filmowej przygody Suraj Sharmy. On też ma już swoje plany: „Popadłem w ogromną obsesję na punkcie filmu. Dla mnie robienie filmów to opowiadanie historii, pewnego rodzaju wpływanie na widza, próba zrozumienia siebie, sprawienie, żeby widz ciebie zrozumiał, a także siebie samego. Ponadto, to naprawdę niezwykłe, że tylu ludzi o różnych umiejętnościach zbiera się w jednym miejscu i tworzy taką małą rzecz” – zwierza się nam Suraj. I kto wie, może za kilka lat będziemy mówić o nim jako o obiecującym objawieniu reżyserskim. Na razie wzorem swego mentora zaczął studia filozoficzne. Tymczasem podziwiajmy go jako świeżutkie objawienie aktorskie. Oczywiście w „Życiu Pi”.

„Życie Pi” nakręcono techniką 3D, dającą uzbrojonemu w specjalne okulary widzowi złudzenie trójwymiarowości oglądanego obrazu. 2D, czy 3D –dla nas w zasadzie to żadna różnica. Znaczenie za to ma fabuła, której ze względu na mnogość wątków ze znacznym udziałem pięknej, ale i niemej przyrody, jakieś wsparcie by się przydało. I tu w sukurs przychodzi nam audiodeskrypcja. Tym razem przygotowały ją dla nas Urszula Butkiewicz i Izabela Künstler, a tekst audiodeskrypcji czyta Olga Pastuszka. Myli się jednak ten, kto uważa, że oglądanie filmów bez audiodeskrypcji Nie ma większego sensu. Otóż ma, ma! Sprawdziłam to na własnym organizmie. No nie mogłam doczekać się filmu w wersji z audiodeskrypcją… Tak więc oglądając, czy raczej wsłuchując się w „Życie Pi” bez audiodeskrypcji, mogłam zagłębić się w warstwę muzyczną i tekstową, a w przypadku „Życia Pi” jest, w co się zagłębiać. Dialogi i monologi obfitują w piękne, czasem zaskakujące i dające wiele do myślenia sentencje. Natomiast muzyka o zabarwieniu lekko orientalnym w połączeniu z efektami dźwiękowymi typu odgłosy zwierząt, plusk wody, czy rozmowy bohaterów w ich ojczystym języku, tylko podkreśla osobliwy charakter poszczególnych scen i nie pozwala zapomnieć, w jakiej części globu toczy się akcja filmu. Jednak wyobraźni nie staje, jeśli chodzi o ukazaną w filmie różnorodność świata spod znaku fauny i flory. Trzeba by chyba być jasnowidzem, żeby odgadnąć, że pod dźwiękami utworu „Pi’s Lullaby” w wykonaniu Bombay Jayashri, kryje się tętniący życiem indyjski ogród zoologiczny. O tym dowiadujemy się dopiero za sprawą audiodeskrypcji. I bynajmniej nie jest to rytmiczna i monotonna wyliczanka wszystkich mieszkańców ZOO. Z audiodeskrypcją wygląda to tak: „Żyrafa skubie liście drzewa. Na drzewie leniwiec zwisa z gałęzi uczepiony wszystkimi łapami, nadlatuje koliber, malutki turkusowo-żółty ptak. Macha skrzydłami tak prędko, że skrzydeł nie widać. Zawisa w powietrzu, odlatuje” itd. itd. Jak dla mnie, to już prawie profesjonalizm. Lepiej to się już chyba nie da… Bo z audiodeskrypcją, jak z wyobraźnią – jedna i druga ma swoje ograniczenia. Ale i tak audiodeskrypcja w „Życiu Pi” jest o niebo lepsza niż dubbing. Coś nieuchwytnego, ale dla pełnego odbioru filmu istotnego, pochłonęła polska mowa. I jak na moje ucho, dubbing to jedyny, poważny mankament tego filmu. Ale Państwo już sami to sprawdzą i ocenią.

A oto tezy mogące przydać się w dyskusji:
1. Książka, czy film? A może jedno i drugie? Czy zapoznanie się z książką, na podstawie której napisano scenariusz filmowy pomaga w oglądaniu samego filmu?
2. Czy aby filmowcy nie nadużywają literatury na rzecz własnych, nierzadko komercyjnych celów?
3. Czy filmy takie, jak „Życie Pi” pomagają w poznaniu i lepszym zrozumieniu innej niż nasza, europejska kultury? A może to tylko miła dla oka i ucha rozrywka?
4. Co decyduje o tym, że człowiek jest w stanie przetrwać w wyjątkowo trudnych warunkach życia?
5. Czy cybertygrys dobrze zagrał swoją rolę? Czy animowane komputerowo postacie w filmie są już gotowe, by wyręczyć te prawdziwe? A czy my, widzowie jesteśmy już na to gotowi?
6. Czy świadomość, że w filmie występują postacie animowane nie odbiera filmowi powagi, sprowadzając go do poziomu naiwnej bajeczki dla dzieci?
7. Katolicki hinduizm? A cóż to za religia! Czy podejście Pi do religii świadczy o jego dojrzałości duchowej, czy może wręcz przeciwnie – o jego infantylizmie? Czy Pi znalazł właściwą drogę do Boga, czy może wciąż jest w drodze? A może znalazł „złoty środek”?
8. „Życie Pi” – jak przystało na dzieło reżysera-filozofa – obfituje w „złote myśli”. Która z nich najbardziej zapadła Państwu w pamięci? Nad którą się Państwo najdłużej zadumali? Dlaczego?
9. Czy wyobrażają sobie Państwo „Życie Pi” bez podkładu muzycznego? Czym dla filmowej opowieści jest muzyka? Co wart byłby ten film bez muzyki?
10. „Życie Pi” jest filmem dubbingowanym. A może woleliby Państwo, żeby dialogi czytał lektor – tak, żeby w tle słychać było głosy aktorów rozmawiających w oryginalnym języku?
11. A co mają Państwo do powiedzenia o audiodeskrypcji? Pomogła w podziwianiu „zapierających dech w piersiach widoków”?
12. A które filmy Państwo preferują – te, które lekko rzeczywistość „modyfikują", czy może te, które rzeczywistość odzwierciedlają w skali 1:1? Czy filmy z pogranicza fantasy znajdują Państwa uznanie?

Zapraszam do dyskusji! Opinie proszę przysyłać w dniach od 28.04.2014 do 11.05.2014 na adres: ikfon@defacto.org.pl lub umieszczać je bezpośrednio na forum dyskusyjnym. {EM}

_________________
Edyta


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 28 kwi 2014, o 13:22 
Offline

Dołączył(a): 14 sty 2013, o 21:19
Posty: 57
Witam
Jeśli chodzi o książkę to nie czytałem, ale postaram się kiedyś przeczytać dla porównania.
Na pewno w jakimś stopniu poznajemy inna kulturę, choć jest to także miłe dla oka i ucha.
Coś jest takiego w człowieku, że w razie zagrożenia życia potrafi się zmobilizować i to jest nawet udowodnione i pokazane w wielu już filmach lub dokumentach.
Jeżeli chodzi o tygrysa raczej osobie niewidomej nie przeszkadzał, ale ktoś kto się bardziej przyjrzał na pewno widział różnice w ruchach, raczej preferuję żywe zwierzęta. Czyli troszkę bajka, ale przyjemna.
Religia ciężki temat, można wierzyć w cokolwiek, sprawa osobista każdej osoby. Modlić się nawet słońca, najważniejsza wiara, która daje siłę na przetrwanie.
Muzyka jak w każdym filmie dodaje wrażeń słuchowych i wyraża emocje, stan lęku, radości. Raczej bez muzyki straciłby na wartości.
Nie odczułem dyskomfortu w sprawie dubbingu. Audiodeskrypcja jak najbardziej dobrze opisywała sceny i widoki.
Pozdrawiam. Bartek


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 29 kwi 2014, o 09:37 
Offline

Dołączył(a): 25 wrz 2013, o 09:09
Posty: 277
Witam Wszystkich Forumowiczów

Na wstępie przyznaje się bez bicia, iż gdyby nie klub nie oglądałbym filmu „Życie Pi”.
Absolutnie nie żałuje i uważam obraz Anga Lee za dobre kino familijne a liczne nagrody, szczególnie za efekty specjalne są jak najbardziej zasłużone.
I mógłbym tak zakończyć gdyby nie pani Edyta i jej wprowadzenie na które nie mogę być obojętny.

Podejmując zatem dyskusję :

1.Zdecydowanie książka i mimo największych starań nie udało się moim zdaniem tchnąć „ducha” w film.  Książka pozostawia mi swobodę interpretacji , film nie.
Nie jest to jednak zarzut w kierunku twórców filmu.

2. Moim zdaniem filmowcy odkryli ponownie szerszej publiczności historię Pi.
A ponowne zainteresowanie książka po premierze tylko to udowodniło.
Czy nadużywają , zdarza się że tak myślę.

3. Poznawanie innej kultury, religii na podstawie filmu, tak. Wyciąganie wniosków, nie.

4. Na takie pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zarówno film jak i książka pokazują ekstremalne warunki acz mogą być wskazówką i początkiem rozważań.

5/6. Prawdziwe zwierzęta nie są wstanie nadążyć za wizją reżysera, przez co aby zaspokoić wyobraźnie współczesnego widza mamy dynamicznie rozwijającą się gałąź rynku kinematograficznego, efekty specjalne. Nie odczułem straty z tego powodu.

7.Nie potrzebne jest nazywanie religii, w moim odczuciu to nieistotne. Książka ujmuje to bardziej filozoficznie, lecz nie o książce. Indie to kraj wielu religii co widzimy a postawa głównego bohatera tylko to podkreśla.

8. „We wszystkim, co żyje, jest odrobina szaleństwa, które popycha stworzenie do dziwnych, czasem niewytłumaczalnych posunięć. To szaleństwo bywa zbawienne jako integralny składnik zdolności adaptacyjnych. Bez niego nie przetrwałby żaden gatunek.” Dlaczego, bo to prawda :).

9. Muzyka Mychaela Danna idealnie dopasowana, pamiętam film „8 mm”
z N. Cagem gdzie również w tle brzmi muzyka pana Danna.

10. Koncepcja dubbingu idealnie pasuje do kima familijnego.

11. Co do oceny audio deskrypcji nie będę obiektywny. W moim przypadku pomaga lecz bez cenna jest w tym przypadku książka.

12. Ograniczanie się do jednego gatunku wiązało by się dla mnie z dużymi stratami.
Wszak życie jest jedno a tyle pięknych rzeczy , historii, miejsc do poznania. :)

Wypada mi tylko podziękować za wybór i życzę Wszystkim udanej majówki.

Pozdrawiam
M.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 kwi 2014, o 14:29 
Offline

Dołączył(a): 20 lut 2014, o 16:33
Posty: 53
Witam i dziękuję za nieobojętną postawę względem mojego wprowadzenia. Doceniam, doceniam… Postaram się więc i ja nie być obojętną wobec wypowiedzi moich szanownych dyskutantów.

Monk uświadomił mi, że produkcje filmowe nie są tylko pasożytami żerującymi na literaturze, ale mogą także przyczynić się do zwiększenia zainteresowania daną książką. No sama jestem tego najlepszym przykładem – gdyby nie rozgłos wokół filmowej wersji „Życia Pi”, wielce prawdopodobne, że umknęłaby mojej uwadze sama książka. Ale nie mam pewności, czy gdybym najpierw obejrzała film, to miałabym jeszcze ochotę na książkę. Obawiam się, że nie. W tę stronę ta zasada chyba nie działa. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym po obejrzeniu filmowej wersji jakiejś książki, była ciekawa jak daną historię opowiedział pisarz. Filmowcy skupiając się na efektach wizualnych, upraszczają do niezbędnego minimum samą fabułę, przez co staje się ona mało ciekawa i tym samym nie zachęca by się dłużej nad nią rozwodzić. Mimo to, zachęcam, by sięgnąć po książkową wersję „Życia Pi”. Zapewniam, że to całkiem fajna książka. Sporo w niej filozoficznych wstawek, które mogą zweryfikować nasze dotychczasowe poglądy na jakiś temat. Ja np. po przeczytaniu książki inaczej spojrzałam na ogrody zoologiczne. Zawsze myślałam, że ich mieszkańcy to bardzo nieszczęśliwe zwierzaki. Teraz już tak nie myślę… O to to! Filmowe sentencje dotyczą przede wszystkim relacji człowieka z Bogiem, tymczasem książka kładzie nacisk także na nasze relacje ze zwierzętami.

Niestety książka pozbawiona jest efektów specjalnych… Ale zdaje się, że jak na nasze możliwości, to w filmie ich za dużo. Pan Darek w swojej opinii przysłanej na pocztę IKFON-u napisał tak: „Tygrys animowany, czy prawdziwy, dla niewidomego gra tak samo. Postaci animowanych nie zauważyłem”. Pan Wiesław zaś pisze tak: „Czy „cybertygrys” dobrze zagrał swoją rolę, mogą ocenić ci co widzą, bo na moje ucho warczał znakomicie.

Jaki z tego wniosek? Ano taki, że poczucia humoru na własny temat nam nie brakuje. I tak kochani trzymać! {EM}

_________________
Edyta


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 kwi 2014, o 20:30 
Offline

Dołączył(a): 13 sty 2013, o 21:50
Posty: 169
Na początek, gratuluję Pani Moderator tak obszernego i ciekawego wprowadzenia do filmu „Życie P” Ang Lee. Z przyjemnością słuchałam opowieści o niuansach tworzenia filmu, a sama kwestia ekranizacji rodem z literatury, problem „czy film ma być jak książka” jest stara jak ten świat. Jak kino.

Postaram się coś opowiedzieć lub dopowiedzieć, ale przede wszystkim chcę odpowiedzieć na kilka moim zdaniem kontrowersyjnych tez Pani Moderator. Kontrowersyjne są one może tylko dla mnie... bo robię filmy animowane. Może ktoś w klubie IKFON też ma takie zacięcie do pisania pomysłów na filmy, ale jak na razie, osoba ta milczy. Ja sobie nie pomilczę. Proszę potraktować tę wypowiedź jako zbiór ciekawostek, anie złośliwą krytykę.

Mój wywód będę prowadziła na podstawie tez Pani Moderator czyli od zagadnienia 1 i tak dalej... Książka czy film? Dobre pytanie. Kiedy rodziło się kino, ludzie widzieli w nim albo głupia rozrywkę, albo cień teatru. To znaczy sztukę podobną do teatru, ale gorszą... Aby „uszlachetnić kino” postanowiono tworzyć dokumenty, jako „ruchoma fotografia” czy właśnie wręcz nagrywać spektakle teatralne. Jednakże, pomału zauważono, że gra kina jak teatr, albo tylko robienie dokumentów o pracy we fabrykach, jeżdżących pociągach, nie wyczerpuje tego wynalazku. Dzięki takiej zabawie jak komedie Pana Czweplina, ludzie zaczęli dostrzegać humor tego „teatru cieni”. Kto nie kojarzy pana w śmiesznym kapelusiku z wąsem, jako żebraka, który udaje arystokratę, a w kawiarni je sznurówki swojego buta na talerzu jak spagetti? Tego pomysłu – nie wymyśliła literatura. Inna ciekawostka – jeden z pierwszych obrazów przygodowych, był o dziewczynce, którą uratował kucyk, albo z wielki pies z rwącej rzeki. Jak dziewczynka wyszła na brzeg, miała suchą sukienkę... Takie „gapy” odnotowywali pierwsi koneserzy kina. Jednakże, dopóki te postacie nie gestykulowały jak w teatrze, były lepiej oceniane. Choć mówimy tu nadal o kinie niemym. Co do książek, pierwsze opinie o filmie w Polsce, były tego typu, żeby nie ekranizować „Pana Tadeusza”! Stawiano wręcz na to, aby film był źródłem edukacji i … przekonywania. Film miał być nową sztuką, mająca swój język. Jeśli już „nauczono się tego języka”, dla nas Europejczyków miała to być komedia, naturalne gesty, triki, a potem dialog, można było przedstawiać tez literaturę. Jednak – jak się pojawił taki pomysł, to najlepiej złoty środek. Znacie film, z którego stworzono książki? Ja znam wiele takich przykładów. Oczywiście , dobra książka – może stać się filmem, ale wtedy budzi wiele emocji. Gdy czytamy książkę, sami sobie tworzymy „film” w umyśle. Było to też wspominane na festiwalu. O ile jak reżyser nie pozmienia chronologii, nie przeniesie adaptowanej historii do innej epoki, obywa się bez gorących komentarzy. Przecież – ten pomysł, by się inspirować literaturą, gatunkiem jest chyba najbardziej twórczy? Unikamy wtedy zarzutu, że „pasożytujemy” na literaturze. Nie my po prostu, znając dzieło, pokazujemy model historii. Jednym z najciekawszych motywów, które korzystają z literatury, i to poezji Wiesławy Szymborskiej, jest film z azjatyckiej kinematografii, dzieło „Skręć w prawo, skręć w lewo” Johnnie To, Wai Ka-Fai . Wszystko zaczęło się od popularności wiersza „Miłość od pierwszego wejrzenia” , który adaptowano na ilustracje. Strofa czyli kadr. Prawda jest to, ze znajomość literatury i czytanie, pomaga filmowcom. I oczywiście, zdarzają się filmy, które maja to coś. Tylko, zeby było to coś – musi być dobry scenariusz, ale napisany pod ten „język kina”, a nie „kopiuj wklej” literaturę.

Czy filmowcy nadużywają literatury dla komercyjnych celów? O ile autor książki zgadza się na adaptację, bo żyje... To na pewno nie jest to takie „nadużycie”. Gorzej, jeśli czyjaś twórczość skupia się tylko na literaturze i to jeszcze w tak bezczelny sposób jak czynił to Walt Disney. Disney – dosłownie zabrał się za najbardziej znane motywy literackie od „Królewny Śnieżki” po „Księgę Dżungli”. Na dodatek, kopiował wygląd postaci, które były w tych książkach. To dotyczy zwłaszcza – Królewny Śnieżki. Żeby zwiększyć popularność swoich prac, zmieniał, cenzurował, dane tytuły. Zła siostra Kopciuszka według Disneya, nie mogła sobie przecież odciąć pięty... Mało tego – jak była wojna, zaczął robić filmy na potrzeby armii, gdzie wykorzystywał, zapamiętane jako neutralne, swoje postacie Myszki Miki, kaczora Donalda itd... Komercyjny sukces, bez wątpienia. Co ciekawe, jest jeden film o księżniczkach, „Księżniczka i żaba”, który korzysta już mądrzej z adaptacji, przenosząc słynną historię do Nowego Orleanu, czy teraz pokazywana niedawno w kinach „Kraina Lodu”. Grunt, ze następcy Walta Disneya, zmienili nieco sposób podchodzenia do literatury...

Czy fil „Życie Pi” pozwala poznać inną kulturę? Życie Pi, cytuje z innej kultury. Film ten może być bodźcem do poznania innej kultury. Życie Pi – oglądając można polubić te baśniowe Indie, albo i nie. Film ten jest ciekawym cytatem, też do hinduskiej estetyki, a wręcz kina Bollywood. Pod tym kątem, można rozmawiać o tym, jak u nas się kręci filmy, a jak tam. U nas film pełnometrażowy ma z reguły 90 minut, u Hindusów 3 godziny... My cenimy sobie naturalność emocji, a u nich teatralne gesty. Typowe jeszcze dla nich. W życiu
naszego bohatera, jego najlepsza przyjaciółka, tańczy w tradycyjnym stroju i za pomocą dłoni coś opowiada. I od takich ciekawostek, zaczyna się fascynacja inną estetyką...

Pominę sobie jedno pytanie i przejdę do motywu tygrysa. Jest on bardzo dobrze wykonany, nie rózni się od prawdziwego tygrysa. Gdyby nie ciekawostki i ta scena z dziwna wyspą, nie wpadłabym na to, że to animacja. Ryczy jak tygrys, zachowuje się jak tygrys, ma też typowe ubarwienie, nie jest złoty, szary, a koloru pomarańczowo, brązowo, czarny i biały, czyli jak naturalny kot. Gdyby Richard Parker był biały, też mógłby być prawdziwy. Bo przecież są białe tygrysy. Jak tak już mówimy o tygrysku to trzeba zaznaczyć, że kot nie ma niebieskich prążków, a czarne. Mało tego – te wzory tygrysie przypominają źdźbła trawy, czyli są takie jakie być powinny. Nie mają one szlakowanych, kulistych, trójkątnych czy innych jeszcze postaci. Twórcom chodziło o realizm i za to ich nagrodzono. Animowany kot jest taki, może dla bezpieczeństwa aktora, bo nie wiadomo, jakby na planie, zachował się żywy kot? Samo pytanie, co to jest postać animowana? Jeśli sam film składa się z tysięcy klatek zdjęć, które są wprawiane w ruch – to wszystko jest animowane. Nawet żywi aktorzy.

Czy technika animacji odbiera dziełu powagę? Nie. Zacznijmy od podstaw. Nie ma czegoś takiego jak film typu bajka. Są kreskówki, kartony, anime, filmy rysunkowe, filmy tworzone w grafice komputerowej czyli powiedzmy „rysowane na komputerze”. Kiedyś nazywano filmy rysunkowe, wręcz filmami malarskimi. Bajka zaś to jest wiersz. Jeśli już ktoś bardzo chce mówić na animacje „bajki” to niech określa te filmy mianem „baśni”. Dlaczego? Bo w baśniach jest dialog i fabuła, którą można potraktować jako źródło adaptacji. Tak jak w przypadku filmów z żywymi aktorami. Zwróćcie uwagę, że żadna wytwórnia filmów rysunkowych, nie mówi, że puściła na ekrany „bajkę” lecz film... Ta cecha nieprawdopodobieństwa animowanych postaci nie odbiera powagi. Wszystko zależy od scenariusza... Czy bylibyście w stanie oglądać film „Persepolis” bez zamiany postaci ze wspomnień w ich lekko karykaturalne rysowane wizerunki? Rysunek – czy forma animacji, daje dystans. Ja osobiście, w pracy w czerni i bieli z prostymi postaciami, widzę absurd tego, jak policja w Iranie chce młodych ludzi, którzy nie kradną, ani nie zabijają, wrzucić za kratki, bo spotkali się młodzi mężczyźni i kobiety na prywatce... W trakcie ucieczki po dachach, jedna postać spada w dół. Inny przykład z tej pracy – kobiety wyglądają jak duchy, złośliwymi wyrazami twarzy, (duże oczy, spiczasty nos, małe usta) na tle czarnego stroju i nagle opada im szczeka, jak bohaterka, pod chusta ma tshert z angielskimi napisami... kapeli metalowej. Film ogląda się jak straszny sen i to wcale nie dla dzieci... Przy klimacie „Persepolis”, oglądany w IKFON obraz „Rozstanie” to... sielanka. Typ animacja, nie niszczy filmu, jego przekazu. Fakt, że o wiele łatwiej tutaj wszystko skomercjalizować, ale to może przede wszystkim dlatego, że ludzie myślą „dla dzieci”. Głupie i na zabawki. Filmy rysunkowe, czy te klasyczne na kartkach i rzutniku, czy na komputerze, posiadają gatunki, a co dopiero mówić style rysowania. Wyznacznikiem filmu jest jak i w reszcie scenariusz. Film może śmiać się z tego, że jest ekhm... bajką. Na tym polega fenomen Shreka i Epoki Lodowcowej. Może ostrzegać przed dyktaturą, satyrycznie narysowany, a wręcz surrealistyczne „Persepolis” Starapi, a nawet realistyczny film „Grobowiec świetlików” studia Ghibli. Zwłaszcza dzieło Ghibli jest tak wyreżyserowane, że w doli dwojga rodzeństwa, które próbuje przetrwać w trakcie bombardowania Japonii, „nie ma nic bajkowego”. Wiem, że animacja jest kłopotliwa dla widza niewidomego, zwłaszcza jak w realistycznym scenariuszu, pojawiają się postacie zwierząt czy ludzi, które są wytworem fantazji. Teraz się mogę głowić jaki byłby opis niektórych postaci. Wiem, że filmy tego typu, o ile nie opowiadają o zagrodzie zza płota, są problematyczne i chyba lepiej adaptować na książki... Inny motyw z „głupią animacją” (bo dla mnie to znaczy „dziecinna bajeczka”) jest taki, że nie docenia się twórców animacji. Bo skoro to takie głupie, to po co się tym zajmować, a czyiś wysiłek tak się wtedy docenia... że się muszę z reguły głupio tłumaczyć. I po co Ci to?

Teatr, uznawany za coś lepszego od kina, był kiedyś porównywany... do sami Wiecie Czego. Film animowany, który był początkiem kina, dostał kopniak i przydzielono go „dla dzieci” wyłącznie. Czy komputerowa postać, czy pokolorowana kredkami, ma to do siebie, ze jest zdolna do takich rzeczy, jakie bałby się wykonać kaskader i choćby z tego powodu większość eksperymentalnych filmów, nie komercyjnych była i będzie animacjami. Lub będzie łączyć technikę animacji i gry aktorskiej. Animacji było zawsze najbliżej wyobraźni.
I co złośliwe, trzeba być geniuszem aby robić audio deskrypcję do takich filmów. Bo jak w trzech słowach powiedzieć co to jest Kirin?

Skoro już jesteśmy w animacji, to jeszcze ciekawostka na temat technologii w „Życiu Pi”. Scena w lodzi, czy niebo odbijające się w tafli wody, przypominają mi triki z dwóch filmów. Film Titanic Jamesa Camerona, miał scenę gdzie Rose i Jack, próbuja jak najdłuzej utrzymać się na rufie tonącego statku. Pomysł, aby fragment wraku, dać do basenu, a potem komputerowo wrzucać tła jest już znany od co najmniej tylu lat... Jeszcze starsze jest to fenomenalne niebo, z realistycznymi chmurami, puszystymi jak wata cukrowa, poprzez które błyszczą promienie słońca. Ten trik rysunku ręcznego, oświetlanego przez komputer, jako słońce, został zastosowany w „Królu Lwie”, animacji Disneya z 1994 roku. Jeśli zaś mowa o wraku, który przez chwile widzi Pi, rozświetlony statek, przypomina mi sekwencję z Titanica, jak łódź podwodna, tych pseudo badaczy „hien cmentarnych” oświetla ten słynny wrak. Scena wyspy z surykatkami – tak kolory błękitu i zieleni, mogą skojarzyć się z „Pandorą” czyli dziwna planeta z pracy „Avatar” Jamesa Camerona. Mi brakowało tylko wielkich klifów, bo dziwne rośliny były. Same surykatki są fenomenalnie animowane – ich zachowanie to było, bieganie na czterech łapkach, stanie na dwóch i rozglądanie się w morzu podobnych stworzonek, przypomina mi film dokumentalny „Rezydencja Surykatek”.
Widać, ze animatorom naprawdę chodziło, aby ich animki były lustrzanym odbiciem flory.

Na sam koniec coś jeszcze o religii – te animacje dobrze podkreślają rolę przypowieści. Zwłaszcza to jak się zachowuje niebo. Ogromny wpływ ma na to muzyka i dreszcze są, pomimo, że to film aktorski zmieszany z animacją. Film ma wzruszać, ma skłaniać do refleksji lub bawić. Jeśli przywiążemy się do bohatera, który może być nawet zapałkę, to znaczy,, że autorzy odwalili kawał dobrej roboty. I przestańmy mówić na animacje „głupoty”. O to Was prosi rysownik Justa, z góry dziękuję

Może i Hindus wyznawać „Katolicki Hinduizm”, bo szukanie odpowiedzi na pytanie, „co łączy, a co dzieli ludzi na świecie” nie jest dziecinne. Film jest opowiastką filozoficzną z ciekawymi efektami.

PS. Jest jeszcze kilka rzeczy, o których nie wspomniałam, ale to znaczy, że się jeszcze odezwę, :)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 1 maja 2014, o 21:18 
Offline

Dołączył(a): 20 lut 2014, o 16:33
Posty: 53
Dziękuję Justynko za interesujący ”zbiór ciekawostek” i proszę o więcej. Muszę się Tobie i pozostałym klubowiczom przyznać, że „Życie Pi” mocno zweryfikowało moje myślenie o filmach animowanych. Do tej pory animacja kojarzyła mi się z kreskówkami, a kreskówki kiedyś z bajeczkami na dobranoc, dzisiaj (a właściwie do wczoraj) z kinem familijnym, a to z kolei z tanią rozrywką dla dzieci i dorosłych. Tymczasem czytam sobie „Życie Pi”, powieść stricte filozoficzną, którą o tanią rozrywkę raczej trudno posądzać, po czym dowiaduję się, że w ekranizacji tejże powieści występują i aktorzy z krwi i kości, i postacie animowane. A więc według moich dotychczasowych skojarzeń, na łódce powinni znajdować się chłopiec grany przez aktora oraz… duży, pomarańczowy kociak rodem z kolorowej kreskówki. Czyli trochę naiwnej bajeczki, a trochę dostojnej i zmuszającej do myślenia fabuły. Dziwne, prawda? No nie takie to dziwne, gdy animację potraktuje się jedynie jako drogę prowadzącą do celu, a nie sam cel. Zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy poprosiłam osobę widzącą o opisanie mi tygrysa. Richard Parker nie był „kreskówką”… Nie zorientowani w temacie, nawet nie podejrzewali, że jest stworzony przez program komputerowy. Tak więc zwracam honor animacji, łącznie z kreskówkami!

Jeśli zaś chodzi o adaptacje filmowe, to być może rzeczywiście jesteśmy zbyt bezwzględni w swej krytyce, ale to chyba dlatego, że mamy wyjątkowo nabożny stosunek do samej literatury. Książki traktujemy niczym dzieło skończone. Z góry więc zakładamy, że każda manipulacja na tym dziele, musi skończyć się katastrofą. Z jednej strony oczekujemy od filmowców, żeby wciąż nas zaskakiwali, zmuszali do myślenia, czy prowokowali do ożywionych dyskusji wokół ich dzieła, po prostu, żeby zawsze byli twórcami i artystami pełną gębą. Z drugiej zaś strony bulwersujemy się, kiedy „majstrują” przy książkach i pokazują nam zupełnie coś innego niż to, co wcześniej wyczytaliśmy i na swój sposób sobie wyobraziliśmy. No, ale filmowcy chyba mają tego świadomość i szanując gusta i upodobania szeroko pojętej widowni, jednocześnie robią swoje, czyli przenoszą na ekran własną wizję książki. I chwała im za to!… {EM}

_________________
Edyta


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 2 maja 2014, o 11:06 
Offline

Dołączył(a): 13 sty 2013, o 21:50
Posty: 169
Bez obawy Pani Edyto, ciekawostek nie braknie, zwłaszcza animacja to mój... konik!
Cytując za Panią Moderator: Dziękuję Justynko za interesujący ”zbiór ciekawostek” i proszę o więcej. Muszę się Tobie i pozostałym klubowiczom przyznać, że „Życie Pi” mocno zweryfikowało moje myślenie o filmach animowanych. Do tej pory animacja kojarzyła mi się z kreskówkami, a kreskówki kiedyś z bajeczkami na dobranoc, dzisiaj (a właściwie do wczoraj) z kinem familijnym, a to z kolei z tanią rozrywką dla dzieci i dorosłych.

Bardzo cieszy mnie taka postawa. Zdaję sobie sprawę z takiej sytuacji, ze dla osób niewidomych to jest język trudny do strawienia... Bo film animowany jak się nie widzi obrazu, nawet konturów to czasem nie dostrzega się humoru. Animacja bowiem jest filmem, który bardzo lubi bawić się gatunkami, mało tego ma tez typowe dla siebie gatunki, a dowodem na to jest najlepiej kino japońskie.

Wiem, że osoby niewidome, maja prawo być wrogo nastawione do animacji, bo jakby nie patrząc, film ten lubi obraz. Jest bardziej plastyczny niż film aktorski, typowo aktorski. Chociaż nie - przecież w tym filmie ludzie podkładają głos postaciom i muszą być wiarygodni. Jest to ciekawy zabieg jak ktoś musi zagrać stworzenie nie znane w naszej galaktyce. O na przykład taki Jar Jar z gwiezdnych wojen. Postać jest humanoidalną jaszczurką o długich uszach z językiem, który jak jak kameleon, ciągle szuka przekąski czyli owada. I teraz jak może mówić kosmiczna jaszczurka? Ma syczeć jak wąż, seplenić, a może ma się jąkać?

Ja jestem za tym aby dubbingować animacje, ale to trzeba robić z głową. To się najlepiej Niemcom udaje, zwłaszcza w przypadku animacji japońskich. W ogóle Rosjanie i Niemcy, wszystkie filmy dubbingują. Nawet mają coś takiego, ze jak jeden aktor mówi za danego aktora to już w każdym filmie podkłada pod niego głos...

To wcale nie jest takie głupie - Polacy wybrali dubbing włoski. Czyli lektor nakłada się na głosy postaci. Takie rozwiązanie spotkałam w animacjach japońskich i we wszystkich filmach fabularnych.
Nie wiem czemu czasem mówi się o polskiej szkole dubbingu, skoro ona (bardzo dobra w niektórych animacjach pełnometrażowych) nie przekłada się w reszcie filmów.

Tłumaczenia to już druga strona medalu. Powinniśmy tłumaczyć z oryginałów, a n przerobionych i ocenzurowanych amerykańskich kopii. W filmie animowanym w Polsce, który mamy zza granic, jest praktyka zmieniania scen, a nawet usuwania nie wygodnych. Cenzura. tytuł dla widza od lat 12 przerabiamy na 7 i wychodzą kwiatki w stylu, że jak się ogląda w oryginale, to połowę scen odbiera się (pod samym kątem scenariusza) inaczej. W popularnej animacji,znanej u nas jako "Digimon adventures", jest motyw problemów rodzinnych, że zapracowany ojciec pewnych dzieci nadużywa alkoholu. Jest to pokazane bardzo subtelnie, a że ojciec z humorkiem chce dać Takichiemu i Hikari, buziaka na dobranoc, ( to rodzeństwo ma z 4 latka, a może i mniej, w przypadku siostry czyli Hikari, Taichi to starszy braciszek, ale też mały) a matka odciąga ojca od pokoju dziecięcego.
W tym czasie rodzeństwo opuszcza pokój, bo pewien dziwny mały dinozaur, które wcześniej przygarnęło, narobił małego zamieszania w Tokio. Oczywiście w wersji polskiej, ani mru mru o tym...

To samo tyczy się wersji amerykańskiej. Ta sama masakra dotyczy zniszczenia rockowej muzyki na rzecz dziwnego rap popu. i o przerobionych dialogach w stylu "zostaw to dziwne jajo, moja jajecznica jest lepsza", "jak rodzice zobaczą ten wynalazek to powiemy, że na święto dziękczynienia, mamy jajo z elektrowni atomowej". Chwila moment, w Japonii nie obchodzi się święta dziękczynienia, a akacja toczy się w Tokio i to jeszcze tak odwzorowanym, że można mieć kadr z filmu i widzieć budynki i całe dzielnice . To anime to jedno z lepszych o stworkach pod kątem scenariusza, które w Polsce ukazało się w fragmentach i co ciekawe na stronie www, fani pokazywali kadry i fotografie dzielnic Tokio. Dosłownie można było zgadnąć gdzie bohaterowie byli, w których blokach mieszkali, jaką linią metra podróżowali, przy którym moście czaił się wielki smok itd... Dosłownie, świetna nauka scenariusza dal Polaków, którzy chcieliby zrobić jakąś fajną animację, a nawet film aktorski o Warszawie... Po prostu, cenzura nie umarła!

Co do samych dobranocek - już nie ma w TVP dobranocki! Sama się zdziwiłam. Jeśli chodzi o emitowane obrazki czyli te kreskówki. Polska animacja wyspecjalizowała się na wieku do lat 10. Może do 11 i 12 jak ktoś lubi te animacje oglądać, nie licząc pasjonatów. Reszta tytułów jest importowana i niszczona pod katem scenariusza. Ja jako twórca od lat 12 mam pecha... :) Najgorsza jest ta cenzura, ludzie żyją w przekonaniu, że w "bajce" nie powinno być wózków inwalidzkich, a nawet niewidomych bohaterów... Pardon. W "bajce" rozumianej w standardzie polskim. Nie mówię tu o DreamWorks, Pixar, czasem nawet ten Disney czy Blue Studio, Tezuka Production, Studio Ghibli, Toei Animation... To są globalnie znane marki. Oczywiście istnieją w Polsce małe studia animacji, nie tej tylko z Bielska Białej. Te wytwórnie tworzą i coś rozrywkowego, ale też bawią się scenariuszem, jedne z nich są żartobliwe (DreamWork - Shrek), ale też poważne i forma rysunku, nawet bardzo klasycznego, wręcz zachęca do podejmowania TRUDNYCH tematów... i tu przoduje Studio Ghibli. Myślę, że po części tytułów, Nie domyślelibyście się , że to animacje... mam tu na myśli "szept serca", "Grobowiec świetlików", czy "Z ukochanego wzgórza". Tytuł ostatni przetłumaczyłam bo nie ma polskiej wersji póki co.

Jeśli zaś mowa o filmach mixowych, a taki jest "Życie Pi", na pewno był "Kosmiczny mecz" czy "Kto wrobił królika Rogera". Mamy tu połączenie gatunku z typem. "Życie Pi" jest poważne, filozoficzne. Tamte dwa to bardziej komedie, gdzie pół bohaterów wyglada jak ludzie a poł to postacie kreskówkowe. Typowo familijny jest kosmiczny mecz, gdzie Micheal Jorsdan gra u w koszykówkę u boku królika Bugsa. Na pierwszy rzut oka film zdaje się być mega reklamą. Ale nie do końca, początek pokazuje małego chłopca z przedmieścia, który próbuje rzucić piłkę do kosza. Dzięki tej grze, chłopak może wyrwać się z przedmieścia. tak to Micheal Jordsan, który po latach staje się mega gwiazdą. po latach, odchodzi z MBJ, bo ma dość kariery, a o ironio losu dziwne animki z Warner Brother, które odrealniły film rysunkowy w historii, przypominają mu po co tak na prawdę, kiedyś chciał grać w koszykówkę. chodzi nie tylko o lepszy status czyli kasę , ale o możliwość bycia docenionym. Fil jest typowo familijny, ale dotyka problemu sytuacji Afroamerykanów z przymrożeniem oka. Disney aby poruszyć ten problem będzie potrzebował jeszcze około 20 lat.
Inny film to nauka kina gangsterskiego, jego scenariusza, jak pewien cwaniak, zostaje "wrobiony przez animowanego królika", który ma porachunki. I jest nawet famme fatale z kina noir. Animowana banda czerpie z dorobku najmroczniejszego kina i jest świetnym cytatem... Bo kino cytuje samo z siebie, i dodaje nowe znaczenia cytatom. Najlepiej to robi film rysunkowy.

Mało tego - jeśli animki są takie nierealne to przecież mogą opowiadać o fikcji telewizji, a to przecież jest dramat jak się nie odróżnia fikcji od realności. Podam dwa przykłady jeden znany, a drugi nie.
Film o piesku super bohaterze, ale tylko na ekranie, ale myślący, że to tak jest i ucieka na poszukiwanie swej pani, która myśli, że Piorun (chyba już zdradziłam tytuł) uciekł, bo miał dość męczenia go przez ekipę filmową... W tej animacji ludzie nie gadają do zwierząt w tym samym języku, więc jest dość realistycznie. To zwierzaki mogą rozmawiać ze sobą czyli konwencja, ale tylko po to, aby coś było powiedziane. Ciekawy film o produkcji filmów.

I teraz polski przykład filmu, w którym wytwórnia w Bielsku Białej, użyła tego samego tricku co twórcy "Kosmicznego Meczu"... Z pulpitu rysownika uciekają trzy animki do naszego świata... Uciekają bo jedno z dzieci rysownika, wkłada szkice do wody i gotowe... bo tak się składa, że rysunki tato przyniósł do domu. Teraz postacie wprowadzają nutkę chaosu w rodzinie, ale wszystko się kończy dobrze, gdy bohaterowie, zabierają je do ich domu - czyli wytwórni animacji.
Nie pamiętam tytułu, jest film z lat 90. Świetny przypadek zabawy i edukacji. I przy okazji scenariusza, kolejny dowód na to, ze animacja nie jest taka zła. Ba - zamiast "wściekać sie na głupie bajki", warto takie je pisać, aby bawiły młodszych i starszych widzów. Niestrawne animacje, gdzie bohaterowie może i są ładni, ale nie mają osobowości są takim samym nudziarstwem dla dorosłych jak i dzieci... Potem można sobie opowiadać, co najmniej dowcipy, że Tinky Winky to gej... W ogóle, słyszałam opinie, że na "teletubisie" były początkiem zła w animacji... nie wiem na ile to prawda, to już nie moja generacja, bo ja się na innych bohaterach wychowałam na animacji francuskiej - z reszta najlepszej w Europie. I na polskich klasykach, a potem na animacji azjatyckiej, pełnometrażowej wytwórni rożnych, komiksach i książkach... Nie zaszkodziło mi to... na głowę! :)
Co ja gadam - ja nadal tym żyję! Prawda jest taka ta bardzo dobra animacja polska - jeszcze się musi uczyć, zwłaszcza w przypadku widza poniżej lat 10, a może nawet i młodszego, bo... . tam się ogląda wszystko jak leci, byle narysowane, ekhm... "głupie". Rodzicu, chyba nie chcesz mieć "głupich dzieci"? To taka moja straszna pointa. Cieszę się, że Klubowicze IKFON to rozumieją. Liczy się scenariusz. Przede wszystkim, bo tylko wtedy każda animacja nawet nie wiem jak dziwna, jest ok.
na początek - nie nastawiać się na temat "bajka"... nie oglądam. Obejrzeć, a potem powiedzieć czy warto było. O ile jest możliwość odbioru, ktoś do pomocy, nawet gdyby potraktować to jako żart taki seans... Lepiej widzieć w animacji komedię, a niż "głupią bajkę". Chociaż najlepiej widzieć w niej film dla wymagającego widza. O ile na początku, nikt nie uprzedzi Was, "nie bierzcie na serio tego przekazu". Są animacje, które wymagają wiedzy i tu dla pocieszenia, nawet widzący mogliby prosić o audio deskrypcję. ewentualnie o komentarze twórców. :)

Więc wszystko przed Nami, :)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 3 maja 2014, o 11:17 
Offline

Dołączył(a): 14 sty 2013, o 21:21
Posty: 50
Witam!
Oczekując na przysłanie filmu przeczytałam książkę. Ani książka, ani film mnie nie

zachwyciły, bo są zbyt nierealistyczne, baśniowe, alegoryczne, filozoficzne. Osobiście

bardziej lubię filmy, które odzwierciedlają rzeczywistość, o problematyce społecznej i

psychologicznej. Film Anga Lee jest wierną i bardzo udaną adaptacjąpowieści J. Martela.

Pierwsze rozdziały książki, poświęcone rozważaniom filozoficzno - religijnym, były dla mnie

rozwlekłe i nieco męczące, film jest pod tym względem lepszy. Moim zdaniem Pi Patel jako

chłopiec bardzo ijnteligentny i wrażliwy szuka swojej religii, analizuje kanony buddyzmu,

hinduizmu i katolicyzmu, znajdując elementy wspólne tych religii. Postawa mądrych,

tolerancyjnych rodziców sprzyja tym poszukiwaniom. Pi odczuwa potrzebę wiary, a późniejsze

wydarzenia wskazują, jak wielką dała mu ona siłę. Dubing jest znakomity, dla osoby

niewidomej znacznie poprawia komfort odbioru. Ideałem byłoby, gdyby wszystkie filmy

obcojęzyczne były dubingowane. Porównując książkę i film stwierdzam, że opis katastrofy

statku, egzystowanie wraz z zoologicznymi towarzyszami w szalupie i wielomiesięczna

tułaczka po oceanie jest lepiej przedstawiona w powieści, przekazuje więcej szczegółów

sytuacyjnych, rozterek i rozmyślań Pi Patela. Wątek przygodowo - podróżniczo - przyrodniczy

był dla mnie fascynujący. Muzyka jest piękna i bardzo ważna w tym filmie, przejmująca i

intrygująca. Wszystko, co dotyczy Indii, bardzo mnie ciekawi, śledzę i łowię gdzie się da.
Mimo moich zastrzeżeń co do gatunku filmu, z obejrzenia go odniosłam wiele korzyści, a

największą z nich było śledzenie dyskusji na forum IKFON. Dzięki wprowadzeniu Edyty

dowiedziałam się tylu ciekawostek i szczegółów dotyczących warsztatu przy tworzeniu filmu,

do których nigdy bym nie dotarła,a już posty p.Justyny Margielewskiej to cała skarbnica

wiedzy na temat animacji i techniki filmu rysunkowego. Nie mogąc poznać i docenić animacji,

którą jednak trzeba widzieć, z pewnością jej nie polubię, ale przynajmniej wiem, oco

chodzi.
Dziękuję Edycie i p.Juscie i wszystkich forumowiczów pozdrawiam - Marta Blimel


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 3 maja 2014, o 11:43 
Offline

Dołączył(a): 25 wrz 2013, o 09:09
Posty: 277
Witam Wszystkich

Moim zdaniem zarówno książka jak i film mają odbiorcę nakłonić do dialogu z samym sobą i na tym nie kończyć.
Pani moderator stawia tezę iż książka nie ma efektów specjalnych.
Oczywiście że ma , a ograniczone są tylko możliwościami ludzkiej wyobraźni :).
A najcenniejsza jest różnorodność interpretacji.
Pozdrawiam
M


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 3 maja 2014, o 16:53 
Offline

Dołączył(a): 20 lut 2014, o 16:33
Posty: 53
Filmowe efekty specjalne, nawet od mało wymagającego odbiorcy wymagają co najmniej sprawnego narządu wzroku, podczas gdy od czytelnika wymaga się sprawnej i podpartej jako taką wiedzą o świecie wyobraźni. Tak więc rzeczywiście, filmowcy mają trochę związane ręce możliwościami technicznymi, za to czytelnicy… możliwościami intelektualnymi. Ale w zasadzie, w tworzeniu efektów specjalnych, mogą sobie czytelnicy szaleć do woli… Nikt im do głowy przecież nie zagląda i wytworom ich fantazji krytyce nie poddaje. Tylko, że wtedy mamy do czynienia z filmem jednego widza…

Ale zgadzam się, że najcenniejsza w kontakcie z dziełem jest interpretacja jego treści. A i na nią wpływ mają nasze możliwości intelektualne. Bo po filmie, czy książce można prześlizgnąć się niczym zefirek po powierzchni oceanu lub się w tym oceanie zanurzyć po czubek głowy, by odkrywać kolejne jego warstwy. Ale to już od nas, widzów i czytelników zależy, jak film, czy książkę potraktujemy. No i co jest dla nas ważniejsze – fabuła, czy efekty specjalne? No i co dla filmowców jest ważniejsze – zachwycić widza spektakularnymi „cyberfajerwerkami”, czy może przekazać jakieś wartości zawarte w samej fabule? Jako urodzona maksymalistka, życzyłabym sobie, żeby były i fajerwerki i fabuła… Ale jako niewidzący widz, zdecydowanie optuję za dobrze przedstawioną fabułą. {EM}

_________________
Edyta


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 4 maja 2014, o 09:15 
Offline

Dołączył(a): 13 sty 2013, o 21:50
Posty: 169
Wierzcie mi, ze wielu osobom efekty specjalne się przejadły i jeśli nie ma za efektami jakieś fabuły,
motywującej te efekciarstwo to są zgrzyty. Gdyby nie trzeba było dać jakieś narracji, to scenariusz filmowy pojechałby dawno na wycieczkę w jedna stronę do hanu lulu.... ja jestem za efektami, ale tylko motywowanymi jakimś pomysłem. jako dowód, że nawet to co trudno dostępne, nie obejdzie się bez fabuły, przekopiuję tutaj jeden z moich tekstów o twórczości Osamu Tezuki, prekursora nowoczesnego komiksu i animacji w Japonii. Tekst poniżej. Z mojej strony dodam tyle, a propo efektów, że do oglądania ich służą trailery, zwiastuny, a film choć nawet mocno zubożały intelektualnie, musi mieć fabułę... Choć znam przypadki, że trailery były lepsze od filmów... :) Obiecuję, że następny post będzie stricte o "Życiu Pi".

Tu macie coś o fabule, niby to pisałam do osób, znających te imię i nazwisko i niektóre postacie, ale się opisałam o nich, więc zawsze to jakiś dowód na to, że we filmach bez pomysłu się nie obejdzie:

Niniejszy artykuł, składać się będzie z kilku części tematycznych, nieodłącznie związa­nych z twórczością tego mangaki. Oczywiście, są to sugestywne opinie autorki, zatem Drodzy Czytelnicy, nie macie obowiązku, zgadzać się ze mną.

Na początek jedna uwaga: każdy z Was o tym artyście. Możecie go lubić lub zupełnie nie trawić tezukowskiej wizji świata. Jakkolwiek, spojrzeć na fenomen prac, „boga mangi”, albo „ja­pońskiego Disneya” (Tezuka bardzo nie lubił tego, drugiego epitetu), nie da się przejść obojętnie wobec twórczości japońskiego rysownika. Mówiąc krótko: fabularne pomysły Osamu Tezuki moż­na pokochać, albo znienawidzić. Ja należę do tego kręgu fanów.

Znajomość tytułów Tezuki, może wynikać z zainteresowań odbiorcy. Dlatego też kandydaci do fachu lekarza z pewnością znają postać Black Jacka, zwolennicy ekologii lwa Leo, a dziewczyn­ki chcące być dzielnymi księżniczkami tą szermierkę z tytułu „Czopi i Księżniczka”. Oczywiście, teza ta najbardziej odpowiada do japońskich odbiorców. W Polsce po prostu, Tezukę zna się jako „japońskiego Disneya” lub propagatora tego komiksu manga. Wbrew tym opowieściom, że jeszcze jest „Astro Boy”, bo ostatnio w kinach był, pozostaje stwierdzić iż istnieje jeszcze wiele utworów, o których warto nie zapomnieć. I temu służy ten artykuł.

Najbardziej znana cechą z prac Tezuki jest „system gwiazd”. Jak wiadomo mangaka, lubił przydzielać swoim postaciom rozmaite zadania na wzór angażowania ich jako „hollywoodzkich ak­torów”. Zabieg ten bawił, a także wprowadzał garść ciekawostek, zachęcających do zapoznania się z fabularnym uniwersum. Nie bez powodów, takie rozwiązanie nie tylko ułatwiało twórczość, w końcu Tezuka mając najbardziej dobranych aktorów, nie musiał wymyślać cały czas nowych posta­ci, skupiając się na kontakcie z widzem. Takie rozwiązanie, nie nazwane wprost „systemem gwiazd”, przemyciły kieszonkowe stworki i słynny „Matrix”.

Bardzo zgrabnym przykładem „systemu gwiazd” a przy tym cytowania jest jeden odcinek przygód Black Jacka o białym lwie. W domu słynnego chirurga, pojawia się biały lew o imieniu Luna Luna. Wiadomo, to ten Leo. Czy na pewno? Biały kociak nie okażę się biały ze swej natury, lecz blada sierść będzie efektem negatywnych przeżyć lewka. Innym tropem jest Pinokia, dziew­czynka, która opiekuje się słynny medyk. Pinokia czyli żeńska wersja pajacyka Pinokio. Pinokiem jest też „Astro Boy”, zwany też Atomem, „dzieckiem nauki”, z jednej strony herosem, zaś z drugiej opcji robotem, pragnącym być człowiekiem.


Wracając do tego odcinka, nie można pominąć jeszcze jednego bohatera: trójokiego chłop­czyka, zainteresowanego archeologią malca, który dzięki sile swojego umysłu, pomaga innym. W wersji o Black Jacku, ten dzieciak, nie zdaje się najbardziej inteligentny... Ironia? To kolejna cecha fabuł ze świata Tezuki.

Opowieści „boga mangi”, mają zazwyczaj słodko gorzki smak. Najlepszym tego przykła­dem jest seria „Księga Białego Lwa”. Anime to składa się na zbiór jednoodcinkowych noweli, gdzie obok systemu gwiazd, twórcy podają nam nietypowe w swej formie, krótkie opowieści.

Intro ani­macji to pokazane najbardziej znane motywy: biała lwia rzeźba z lodu, beret Tezuki, jednorożec Unico, księżniczka, Atom, Feniks, Black Jack i cała reszta ekipy, zamknięta w obszernej księdze. Jednak czy na pewno o nich są wyłącznie te nowele? Nie.


Pierwsze epizody serii otwiera opowieść o kosmicznym kocie, potem mamy wzruszającą nowelę o małym niedźwiadku, który lubił jeździć koleją po samotnego chłopca i damę z plakatu... Najbardziej w pamięci utkwiła mi opowieść o tym młodym Japończyku. Animacja Tezuki w sposób wierny pokazuje jak miłość zamienia się w samotność, a także jak z tej opresji uwalnia nadzieja. Zarys fabuły: nastolatek na plakacie, widzi dziewczynę swoich marzeń. Papierowy obrazek, kogoś mu przypomina. Od tej pory jest zawsze z tą swoją, platoniczną miłością. W studium przypadku tę­sknoty, czy marzeń o znalezieniu kogoś, nie brak myśli samobójczych. Na szczęście wszystko koń­czy się dobrze. Animacja warta obejrzenia ze względu na podany temat i ukazanie w sposób cieka­wy tego, co przechodzi samotna osoba.

Poza takimi smutnymi momentami, filmy Tezuki bawią. I to nieźle.
Kto słyszał o „Don Dra­culi”, wie co mam na myśli. Straszny hrabia Drakula, okazuje się fajtłapą, pragnący zatopić swoje kły w szyi smukłej panny. Niestety, zamiast tego, prześladuje go pewna, puszysta Japonka, najwyraźniej zakochana we wampirze. Drakula ma też córkę, która chodzi do wieczorowej szkoły artystycznej. I belfrem, okaże się pogromca wampirów, nie potrafiący poradzić sobie ze swoją klasą. Serial to typowa komedia, łowca staje się ofiarą, a na lekcji sztuki rysuje się krzyże, bo ponoć wampirowi od samego malunku chrześcijańskiego symbolu, robi się nie dobrze...

Powszechnie wiadomo, że Tezuka interesował się medycyną. Lubił też archeologię. I z tego tematu, pojawiła się opowieść o wspomnianym już wcześniej przeze mnie trójokim chłopcu.... Bo­hater ten wygląda jak wielki niemowlak, który jakimś cudem, nauczył się chodzić przed ukończe­niem roczku. Towarzyszy mu piękna dziewczyna z plakatu. Najprawdopodobniej to właśnie ona była w opowieści z lwiej księgi. W przypadku tych bohaterów, Tezuka postawił na pokazanie, dwóch przeciwieństw, w rolach pierwszoplanowych.

Z racji faktu, małej ilości oglądanych odcin­ków tej serii, nie wiem jaką rolę ma do odegrania Trójoki. Wiadomo tylko mi, ze jego rodzina nie żyje, a może i nawet z innej planety była. Trójoki, wydaje się być mądrzejszą wersją Supermana. Może tak jest, albo to tylko moja interpretacja.

Tym więcej skojarzeń z rożnymi tytułami, tym więcej zabawy! W klasie Trójokiego, na­uczyciele jest pan profesor Mustache, (znany też jako Higeoyaji), ten wąsaty z epizodów o białym lwie, który przebiera się za kobietę! Poza tym, doktor jest detektywem czy pracownikiem kina. Chyba obok Atoma, to najbardziej znany bohater. Moim zdaniem najsympatyczniejszy. Przeciwieństwo Pana Hamegg'a. W „Podwodnym Pociągu” właśnie ta postać ściga zło i występek. Zwroty akcji o trzysta sześćdziesiąt stopni to kolejna wizytówka tezukowskiego świata. Żeby było to możliwe, autor wprowadzał dialog z konwencjami. Widać to doskonale, na przykładzie Drakuli, a także w „Podwodnym Pociągu”.

Scena pościgu detektywa za podejrzanym, została tak pokazana, że możemy odnieść wrażenie, iż Higeoyaji dopiero co dostał do rąk prawo jazdy. Dlatego też, o mały włos nie skręcił sobie karku i całe szczęście, że na miejscu pojawił się Black Jack. Niestety, jak się łatwo domyśleć, konto bankowe detektywa, wyczyścił do zera, co bardzo do­brze oddaje humorystyczna mimika pogromcy przestępców, coś na kształt szwankującej kasy fiskalnej.

Innym przykładem autoironii w tym samym tytule, byłaby bitwa Spartan, których dowódca jeździ na fruwającym, białym lwie? Co do samych bitew, Tezuka jako pacyfista, potrafił się z siebie śmiać, wywieszając flagę „Peace” wśród sztandarów rzymskiej armii w „Kleopatrze” o dość pikant­nym podtytule w wersji angielskiej.

Innym tropem U Tezuki jest zadawanie transcendentnych pytań. Seria „Feniks” jest tego najbardziej dobitnym przykładem. Po raz kolejny, mamy odniesienie do historii, ale nie archeologii lecz dziejów ludzkości, opartych na chęci bycia nieśmiertelnym, posiadania władzy i nieprzemijającej urody. Pod tym względem jedna zła królowa z tej opowieści, jest współczesna do bólu serca i nie ważne, że rządziła w czasach, kiedy nie było telewizji. Poza tym, innym przykładem jest opowieść o tytule „Budda”, a nawet jeden serial animowany, na motywach biblijnych z angielska zwany "In the bigining". W serialu pokazane są losy od wygnania z Raju po dzieje Jezusa Chrystusa.

Bardzo sporo pomysłów jak na jedna osobę. I to w czasach, kiedy nie było Internetu i pracy na komputerze. Więc i efektów specjalnych. :)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 5 maja 2014, o 18:38 
Offline

Dołączył(a): 8 cze 2013, o 20:54
Posty: 18
Witam
Film Życie Pi obejżałam z ciekawością. Książki nie czytałam więc nie znałam też tematyki filmu. Film oglądałam z napięciem gdyż było wiele momętów które mnie przeraziły. Czytając wypowiedzi forumowiczów zdziwiłam się że tygrys był sztuczny. Ech to chyba tylko ja potrafie mieć taką fantazje. Audiodeskrypcja była przydatna gdyż były sceny odgrywane bez głosu fakt szum fal czy lot ptakówalbo odgłos tygrysa było słyszallne ale nie wszystko idzie się domyśleć. Muzyka była odpowiednia do tego filmu. Prawdę mówiąc to filmów animowanych nie lubie bo twierdzę że ich nie rozumie. No ale kto wie może zdanie zmienie. Film warto obejżeć bo jest różno rodny. Ma w sobie troche animacji troche fantazji a i z życia wziętych rzeczy nie brakuje.
Pozdrawiam
Magda


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 6 maja 2014, o 20:28 
Offline

Dołączył(a): 13 sty 2013, o 21:50
Posty: 169
„Życie Pi” – jak przystało na dzieło reżysera-filozofa – obfituje w „złote myśli”. Która z nich najbardziej zapadła Państwu w pamięci? Nad którą się Państwo najdłużej zadumali? Dlaczego?

Wyłapałam takie perełki: tak aby było wesoło. Bo czemu filozofowanie nie ma dostarczać radości?

1. "Dzięki twej opowieści, uwierzę w Boga - dziennikarz
- O dobrym obiedzie też by tak powiedział" - Pi, pointuje wypowiedź, swojego wuja Mamaji,
który wcześniej spotkał się z dziennikarzem,

2. "Wiara to dom o wielu pokojach. A jest pokój wątpliwości. Nie jeden".

Ja chyba bardzo lubię ten pokoik. - To tak ode mnie do filmu.

Muzyka przesympatyczna, audio deskrypcja jak z filmu przyrodniczego (uwielbiam jej wstęp zwłaszcza) i cudowna muzyka... Nie tylko kino fabularne, :) Pokazuje, że mądrość,
a poczucie humoru to wcale nie dwa inne filmy animowane :)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 11 maja 2014, o 20:12 
Offline

Dołączył(a): 20 lut 2014, o 16:33
Posty: 53
Zanim dorosły Pi zaczął snuć przed dziennikarzem swą niezwykłą opowieść, zwrócił się do niego tymi oto słowy: „Sam zdecydujesz, w co wierzysz”. Ale powiedział to też do nas, widzów i to zdanie powinno nam przyświecać przez całe 127 minut filmu. Hm… „Życie Pi, czyli sam zdecydujesz, w co wierzysz” – tak mógłby brzmieć pełny tytuł filmu. A to bardzo sugestywny tytuł… No nie wiem, czy komuś ten film pomógł uwierzyć w Boga, ale w hinduskiego chłopca z tygrysem bengalskim, pozostawionych swojemu losowi na środku oceanu, czy w surykatkową wyspę, to i owszem! Pozdrawiam wszystkich moich dyskutantów i dziękuję za udział w dyskusji! {EM}

_________________
Edyta


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 12 maja 2014, o 08:27 
Offline

Dołączył(a): 14 sty 2013, o 21:28
Posty: 5
Bardzo ładny film. Miałam wielką ochotę najpierw przeczytać książkę, lecz niestety nie zdążyłam. Film mnie tylko zachęcił do książki i mimo, że znam fabułę, to myślę, że w książce znajdę mnóstwo przemyśleń filozoficznych, religioznawczych, po których film się tylko prześlizgnął. Poza tym w książce na pewno jest więcej szczegółów, które film nie mógł przekazać, szczególnie osobie niewidomej. Dla mnie książka to jakaś całość, natomiast film to fragment tej całości.
Jednak mimo wszystko cieszę się, że film obejrzałam i uważam, że był naprawdę dobry. Dla mnie nie była to taka sobie bajeczka, to opowieść głębsza, poruszająca bardzo istotne sprawy, sięgająca mocno w głąb duszy człowieka.
Reżyser korzystając z właśnie takiej formy, czyli trochę naiwnej bajeczki, porusza chyba najważniejszy dla nas problem: problem wiary. I chociaż czasem nam się zdaje, że to nas nie obchodzi, że jest nudne i trudne, to prędzej czy później dopadnie nas pytanie o Boga.
Poza tym film daje nadzieję, gdyż pokazuje, że człowiek w chwilach ekstremalnych potrafi się spiąć i walczyć.
A jeśli chodzi o sztuczne zwierzęta w filmie, to zupełnie mnie to nie zaskoczyło. Dawno czytałam o tym, że obecnie mnóstwo filmów jest robionych komputerowo. I to dobrze, należy się cieszyć, że dziś mamy takie możliwości techniczne. No bo jak można sobie wyobrazić prawdziwego tygrysa na planie filmu? Mimo najlepszej tresury chyba nie do końca jest to możliwe.
Zastanawiam się tylko nad tym, dlaczego aż tak wiele osób musiało tworzyć te animacje komputerowe. No cóż, widocznie nie jest to takie łatwe i komputer nie do końca wyręczy człowieka. To dobrze, bo ludzie mają pracę.
Film "Życie Pi" podobał mi się również dlatego, że odeszliśmy nareszcie od trudnej polskiej rzeczywistości.
Audiodeskrypcja i dubbing oczywiście świetne, tylko dubbing w porównaniu z audiodeskrypcją za cichy i to trochę utrudniało oglądanie.
Muzyka bardzo pasująca do filmu i taka, przy której można odpocząć.
Myślę, że bez audiodeskrypcji nie chciałabym oglądać "Życia Pi". Za dużo bym straciła, mimo pięknej muzyki i mądrych dialogów.
Pozdrawiam wszystkich klubowiczów i wraz z wami czekam na następny film.
Katarzyna Markiewicz


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 6 cze 2014, o 19:02 
Offline

Dołączył(a): 23 wrz 2013, o 15:13
Posty: 3
Witam.
Film bardzo przepiękny, pokazujący przeżycia bohatera z dzieciństwa , pokazujący dużo emocji .
Pozdrawiam Kasia


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 16 sie 2014, o 12:11 
Offline

Dołączył(a): 25 wrz 2013, o 09:46
Posty: 22
Witam,
Przepraszam, że dopiero teraz dodaję opinię na temat filmu Życie Pi, ale z powodów osobistych nie mogłam wcześniej.
Na wstępie dziękuję koleżance Edycie za ciekawe wprowadzenie. Zgadzam się z forumowiczką Katarzyną M. film piękny i jakże różniący się od dotychczasowych, które mieliśmy okazję obejrzeć.
Również zabierałam się do przeczytania książki, ale za każdym razem usypiałam przy wstępie. chyba to sprawka lektora, albo byłam zbyt zmęczona ;)
Kiedy dowiedziałam się, że film jest dubbingowany trochę mnie to zniechęciło, bo nie lubię tego typu filmów, ale pozytywnie film mnie zaskoczył.
Audiodeskrybcja jak zwykle pomocna i profesjonalnie wykonana. Będę polecać ten film moim znajomym.
pozdrawiam
Asia


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: 16 sie 2014, o 12:11 


Góra
  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 18 ] 

Strefa czasowa: UTC


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
cron
To forum działa w systemie phorum.pl
Masz pomysł na forum? Załóż forum za darmo!
Forum narusza regulamin? Powiadom nas o tym!
Powered by Active24, phpBB © phpBB Group
Tłumaczenie phpBB3.PL